Daniel Kalinowski


Teatr samotności

1. Wobec tradycji

Teatr alternatywny zasadza się na inności, na negacji obowiązujących elementów kultury, estetyki, polityki. Lecz dzisiaj... do jakiej tradycji ma być odwołaniem, negacją? Współczesny teatr ma dużą świadomość wielorakości głosów i tradycji działań scenicznych. Reżyserzy pozwalają sobie na obecność zróżnicowanych metod pracy z aktorem, na stosowanie w spektaklach wszelkich dostępnych sposobów oddziaływania na widza. Nie ma już potrzeby mówienia jak na przykład w misterium średniowiecznym, teatrze elżbietańskim czy innej tradycji. Chyba, że się robi najklasyczniej jak można, klasyczny repertuar. Komu dziś potrzebny jest realizm psychologiczny? Kto oczekuje na obrzęd, a kto na pop-art w wersji teatralnej? Akademicy i krytycy teatralni? Studenci teatrologii? Zwykli widzowie?
Najprostszym zachowaniem się w takiej sytuacji będzie łączenie wszystkich tradycji; wrzucenie ich do wielkiego worka... Idea synkretyzmu sztuk wreszcie zostanie zrealizowana. Teraz w dobie postmodernizmu wszystkie chwyty dozwolone. Niech żyje eklektyzm! I niech sczeźnie! Jakaż maestria w doborze scenicznych chwytów - co ocenią wyłącznie krytycy; jakiż piękny uśmiech ma ten aktor - powiedzą wyznawcy reklam sobotnich wieczorów; gdyby tak jeszcze mówili jak normalni ludzie - zaznaczają licealiści odbywający przymusową lekcję języka polskiego w teatrze.
A więc ponowoczesność także trzeba odrzucić; przynajmniej jako filozofię zewnętrzności, gdyż jako konstrukcja wnętrza dzieła jest raczej nie do uniknięcia. Jeśli więc nawet na spektakle nie będą „waliły tłumy, jeśli się nawet zostanie w samotności, to i tak zewnętrzne systemy myślowe, wpływy polityczne, mody kulturowe będą obce i wtórne spontanicznemu byciu teatru. Każda tradycja pęta, zniewala, choć z początku wydawała się jedynie słuszna i najwspanialsza. Dostosowywanie się do teraźniejszości zjawisk kulturowych jest utopią; „filozoficzne teraz jest nieuchwytne, dynamiczne i nieokreślone. Za czym więc gonić? Jeśli teatr decyduje się na naśladownictwo czy też nawet odpowiedź teraźniejszości kultury, jest skazany na opóźnienie, gdyż zawsze będzie w takim układzie mniej oryginalny i słabszy. Teatr powinien być o krok wcześniej... Kolejna utopia?...
Można jeszcze kokietować, inspirować mass-media. W najlepszym razie (a może i najgorszym) można ubierać się w sceniczne punk, rock, techno! Jakież możliwości... Ludzie zamiast iść wyszaleć się na koncert albo na techno-party przychodzą do teatru. Tam aktorzy w długich włosach, pozbawieni włosów, z kolorowymi czubami... rozdają produkty sponsora spektaklu. Dyskretny pan w kącie zapisuje frekwencję - jest agentem handlowym, menażerem i dealerem - rysuje krzywą wzrostu. Na scenie dym, obłędne światło, seks i trawka. A widowni wreszcie wydaje się, że wie, o co tu chodzi. Teraz już nikt nie narzeka na brak widzów. Wreszcie nastała radosna twórczość konsumentów. Ale co konsument może dać konsumentowi? Silikonowe wzruszenia, trans i fizjologiczne płyny?
Pozostaje więc pokazać się w bezradności, w osamotnieniu, aby wyzwać, napiętnować, wykrzyczeć dystans i niewiarę w oczywistość jakiejkolwiek tradycji i co najważniejsze zaatakować również samego siebie. Co robię na scenie? Czy gram, odgrywam, jestem? Czy są tu reguły? Co się wydarza?
Jedność energetyczna, istotowa, niepowtarzalna, spontaniczna? W którym miejscu, momencie, dla kogo? I co na to widownia?

2. Wobec widza

Na scenie aktor stoi twarzą w twarz z publicznością. Przyszli do teatru, wiedzą więc co może ich spotkać. Czy jednak w rzeczy samej jest to pewne? Chcą, żeby grał przyjemnie? Ładnie? Aby był przystojny...? Nie... oni pewnie chcą, aby był agresywny, dynamiczny i przejmujący! Aby pokazał... (może nawet prawdziwie) jak się czuje, kocha, nienawidzi, żyje? Czy tego chcą widzowie?
Można tak wyliczać dalsze przypuszczenia. Można zastanawiać się nad publiczności: humorami, oczekiwaniami, wiekiem, wykształceniem itd. Za każdym jednak rozwiązaniem czaiła się będzie kolejna zagadka. Każde rozwiązanie choć zadowoli jakąś potrzebę, nie zaspokoi przecież wszystkich oglądających. Oni ciągle będą czegoś żądać. Co im można dać?
Niektórzy problem stawiają dość ostro; widz jest atakowany nie tylko umiejętnościami aktorskimi, ale i machiną scenograficzną lub muzyczną, wreszcie doszło do fizycznego aktu dotyku aktora i widza. Za dotykiem poszły już prowokacje: wyzwiska, obrzucanie przedmiotami, tylko czekać na zbiorowy proces przemocy, znęcania się aktorów nad widzem w imię małego egoizmu, któremu się zachciało coś niby to istotnego powiedzieć. Teatry konceptualne znalazły inne wyjście - zawiesiły na drzwiach wejściowych tabliczkę: widzom wstęp wzbroniony. W tych obu szaleństwach jest metoda.
W istocie bowiem na scenie człowiek jest sam. Przychodzi do ludzi z pustymi rękoma i „wyczyszczoną pamięcią. Pokazuje coś (może to „coś nie istnieje - fantom, halucynacja, sztuczka), mówi (może tylko porusza ustami - słowa i treść projektują oglądający), przeżywa i czuje (kto to oceni, kto zrozumie)... naprawdę (cóż to jest prawda - całe wieki filozofii na darmo)..., rzeczywiście (czy rzeczy są)..., lecz dla siebie! nie dla widza!
Czy widz jest więc potrzebny dla teatralnego zdarzenia? Nie! Tak!
Nie, ponieważ to istniejący na scenie aktor, oddaje siebie demonom. Tak, ponieważ to dla widza widok ten ma być wyrzutem sumienia!
Aby się przekonać, że istnieją demony, wystarczy podczas spektaklu otworzyć dłonie i ramiona. Przyjdą, aby rozerwać. Aby się przekonać, że widzowie mają wyrzuty sumienia, wystarczy posłuchać jak żalą się na to, co widzieli.

3. Wobec techniki aktorskiej

W związku z kodyfikacjami teatru alternatywnego zaproponować można kilka haseł do samouczka adepta aktorstwa off'owego. Wszelkie prawa niezastrzeżone:

Czubek głowy - tam zawieszona jest nić porozumienia z niebem, przenikająca potem kręgosłupem do palców nóg
Włosy - niekonieczne albo długie strąki
Czoło - poradlone
Oczy - które widzą
Uszy - które słyszą
Usta - bez korników
Makijaż - niech cię Pan Bóg broni! A zresztą...
Zęby - umyte, mogą być sztuczne
Broda (jako zarost) - mała możliwość tworzenia postaci charakterystycznych, chyba że idzie o postać intelektualnego egzystencjalisty
Podbródek - szczególnie zalecany jako obraz scenicznego dobrobytu
Szyja - u kobiet wdzięczny obiekt adoracji, u mężczyzn miejsce zamiany jabłka w fermentujący mus jabłkowy
Struny głosowe - z alikwotami
Piersi - świadectwo dzieciństwa
Serce - zalecane, aczkolwiek...
Ramię - braterskie, silne
Łokieć - zgina się do wewnątrz (cud techniki)
Dłoń - ze stygmatem lub pięścią
Palec - wskazujący
Wątroba - nieskuteczna
Żołądek - najlepiej pusty
Jelita - wyciągnięte jak struna
Splot słoneczny - sięga Księżyca
Biodra - płyną w przestrzeni lub sieczą scenę
Pośladki - nasmarować farbą fluorescencyjną
Genitalia - odkryć zupełnie albo zupełnie zakryć
Uda - są
Kolano - nieznośne, gdy w nim strzela
Łydki - ze względu na ugniatanie kapusty w scenach zbiorowych dopuszczalne
Stopy - oczywiście gołe
Paznokcie u nóg - lepiej mieć, niż być
Postawa ogólna - wyprostowana

4. Wobec pieniędzy

Jakież to ciekawe i... szemrane - cała ta sprawa pieniędzy w teatrze.
Alternatywa z początku programowo odrzucała granie dla pieniędzy. Były to radosne czasy pokazywania się dla czystej idei dzielenia się teatrem. Jeździło się do przyjaciół i grało w półkonspiracyjnych, prywatnych odsłonach, czuło się ten dreszczyk napięcia i walki o pryncypia. Potem wspólna herbata, intensywne nocne rozmowy o teatrze i spanie na podłodze. Jakaż wspólnota i zrozumienie... nie na długo.
Później nadeszły nowe czasy i biznes. Nie wystarczyło jeździć po znajomych i grać w przypadkowych miejscach. Teraz należało zadbać o umiejętne sprzedanie siebie. Najlepiej na znanym festiwalu lub przeglądzie. Trzeba więc zapłacić wcale nie najmniejszą akredytację i liczyć, że się komuś wpadnie w oko; może jurorom, a może publiczności. Wszak nie idzie już tylko o prezentacje swego programu, ale i o nagrodę. Zaś dobra nagroda nigdy nie jest zła, tyle, że demoralizuje. I może ona już za chwilę stać się nie byle jakim atutem, kartą przetargową na przykład w wyjazdach zagranicznych.
Ach... podróże, jaki oddech, jakie kontakty... Ale skąd wziąć pieniądze na samolot, pociąg, benzynę? Oto nowy problem przed teatrem alternatywnym... Najlepiej byłoby jechać za walutę tych co zapraszają, ale niestety oni nie zawsze chcą płacić! Wypadałoby więc ruszyć za własne środki, ale przecież my Europa Środkowa nie jesteśmy tak bogaci! A więc na horyzoncie pojawia się sponsor. Teraz tylko trzeba wybrać: człowieka prywatnej firmy, magistrat, a może jakąś fundację? Alternatywa stanęła przed poważnym zadaniem! Wybierać instytucję, która kupi jej długi. A najgorsze jest to, iż tak po cichu alternatywa właściwie przestała nią być, bo utraciła wszak samowystarczalność. Chcąc się pokazywać w coraz to nowych miejscach, teatr alternatywny stał się produktem dla mas, stał się wyrazicielem interesów, już nie tylko swoich, artystycznych, lecz i tych, którzy dali pieniądze. Teatr alternatywny przy okazji coś promuje... Może to być kultura narodu, regionu, nawet miasta; może też być to firma, która teatr odbiera merkantylnie.
Ale cóż... podobno takie to już czasy, w których i alternatywa musi zacząć zarabiać pieniądze. A więc i ci wszyscy dawni buntownicy rzucają się do pracy dla stacji benzynowych w skwarze i w deszczu, przy pięciominutowym zainteresowaniu, bo tyle trwa tankowanie. Grają w restauracjach pomiędzy drugim a trzecim piwem, wciśnięci między bar a stoliki. Zdradzają w końcu swą technikę aktorską na warsztatach dla studium marketingu, by już za chwilę własną teatralną pracę widzieć w reklamach, na tłustych ustach speców od Biura Obsługi Klienta - ta rzesza domokrążców przejęła ich styl.
Czy więc wobec forsy alternatywa jest bezsilna? Może wyjściem, dość niedoskonałym, ale zawsze jakimś, byłaby sytuacja, aby nie zarabiać na utrzymanie teatrem, lecz zgoła czym innym? Czy jednak wtedy, czegoś po drodze się nie utraci? Czy wystarczy sama pasja, aby alternatywność była wciąż żywa?

5. Wobec siebie

Scena to miejsce prawdy. Choć widać obce historie, egzotycznych bohaterów, jakiś styl, konkretnego wykonawcę, zawsze chodzi o coś więcej. O sposób życia, o trwanie na scenie-egzystencji w samotności. Nikt nie pomoże, żadnych złudzeń, nikt nie przeżyje w zastępstwie jakiejś chwili czyjegoś istnienia.
Po co robić coś, co z dużymi wahaniami można nazwać teatrem? Może dla jasności wizji? Dla życia i śmierci jednocześnie, gdyż jedno i drugie obecne jest w teatrze w ogromnym nasileniu. W ciemności tuż przed początkiem zdarzenia, staje się wówczas wszystko. Całe oczekiwanie na życie, nadzieja i zaufanie, oczywiście również strach i lęk o przyszłość. A potem rozświetlenie i już wiadomo w jakiej przyszło żyć roli. Cały kołowrót spraw, namiętności i bólu. Po jakimś czasie znowu ciemność - chwila na zejście... Jeszcze moment uporczywego trzymania się życia, jeszcze tlenie się światła w reflektorze i poblaski cieni w oczach zdają się uzasadniać bycie na scenie. Ale to tylko złudzenie. Nie pierwsze i nie ostatnie. Jakże cudowne, powtarzalne złudzenia zwane życiem a może teatrem?
Ileż jednak można żyć w złudzeniach? Nawet całe życie... Lecz, aby spróbować wolnej przestrzeni należałoby się zniszczyć... Nieuchronne dążenie do utraty siebie daje wyzwolenie. Nie jest to miła praca - kto przy zdrowych zmysłach chciałby uciąć sobie rękę - ale w sytuacji tworzenia życia bez złudzeń, konieczne jest i to. Oczyszczenie, ogołacanie się nie ma jednak wyłącznie na celu autoterapii, psychologia w którymś momencie się kończy i nie może przekroczyć „ja. Wtedy nadchodzi czas na ćwiczenia duchowe, niestety, a może właśnie wspaniale, przychodzi czas na pracę nad duchowością. Pracę bez początku i końca.
Tutaj niczego nie można zyskać i niczego stracić. Tutaj brak celów, brak osoby, brak widza - czysta aktywność.