Daniel Kalinowski

Jedzenie zabija... O udrękach form kulinarnych w twórczości Witolda Gombrowicza

1. Jedzenie i status społeczny

Wśród przeróżnych rozważań Witolda Gombrowicza o Formie nie mogło zabraknąć kulinariów. To wszak bardzo wyrazisty, wręcz idealny moment, aby ukazać jak biologiczna konieczność jedzenia została obwarowana szeregiem czynników kultury różnorako modelujących tę czynność: od pragmatyki począwszy, poprzez zwyczaj i kurtuazję, na rytualizacji posiłków skończywszy. Kulinaria łączą się u Gombrowicza bardzo często z erotyką, temat ten jednak wymaga osobnych studiów, tutaj więc pozostanie w tle rozważań.
Zasobność wiktuałów i sposób spożywania w wyraźny sposób podkreśla status społeczny jedzącego, współtworząc szereg czynników hierarchii społecznej. Układając z Gombrowiczowskich postaci swoisty obraz ekonomiczno-kulinarnego uszeregowania ludzi, na najniższym szczeblu społecznej drabiny ustawić można postacie z I aktu Ślubu. Ojciec tłumaczy się Henrykowi:

Wybacz, Henryś, a i ty, Władyś, skromność przyjęcia... Radziemy sobie jak możemy. To zupa z koński kiszki i koci szczyny. (Ślub, 109)

Tę szynkownianą atmosferę pierwszych partii Ślubu podkreślają jeszcze głosy pijaków, wołających do służącej:

Angielkie z kropelkami! Bomba! Szalceson! Czysta podwójna wzmocniona! Mańka angielkie! Mańka kiełbasów! Mańka świniny! (Ślub, 120)

Pierwsze spotkanie ojca z synem w Ślubie zostało przedstawione w atmosferze upadku ekonomicznego i moralnego, w ubogiej, zaniedbanej karczmie. Przerysowany przez Gombrowicza w groteskowej linii ojciec może jedynie wspominać swój dawny, względnie świetny, status, którego status objawiał się właśnie kulinarnym dostatkiem :

Dawnymi czasy, panie, człek do stołu zasiadał
Przy czysto białym obrusie i dopiroż
Zupę grochową wcinał, ale to wcinał
Jakby we dzwony bił, albo na trąbie grał! (Ślub, 109)

Z tą ubogością kulinarną kończy dopiero drugi akt Ślubu. Wówczas nieprzypadkowo alkohole stają się synonimami postaw politycznych i światopoglądowych antagonistów dramatu. Między wyzwiskami, jakie wytaczają Pijak i Zdrajca, słyszymy:

Pijak: Burgund albo i Tokaj!
Zdrajca: Tokaj albo i Oporto!
(...)
Pijak: Burgund, burgund!
Zdrajca: Tokaj, tokaj! (Ślub, 162)

Mecenas Kraykowski - inna Gombrowiczowska postać - nie musi się żywić jak Ojciec ze Ślubu kulinarnymi wspomnieniami. Kiedy prawnik chce przed znajomymi zaznaczyć i podkreślić swą towarzyską pozycję, bywa w restauracji „Polonia, gdzie spożywa zakąski, kawior, majonez, pulardę, ananas na wety, czarną kawę, pommard, chablis, koniak i likiery. Jego zaś kulinarnym przyzwyczajeniem, małym łakomstwem, któremu się oddaje każdego popołudnia, jest napoleonka.
Na podobnym stopniu hierarchii społecznej, co wspomniany wyżej bohater opowiadania, stoją Młodziakowie z Ferdydurke. Ci choć mogliby żyć i konsumować wystawniej, pragną uwypuklić, umocnić, uwspółcześnić swą pozycję poprzez menu:

Młodziakowie siedzą już przy stole, służąca wnosi zupę kartoflaną. (...) Zupy jadła mało (Zuta przyp. D. K.) a za to wypiła duszkiem szklankę zimnej wody i zagryzła kromką chleba, zupy unikała, rozwodniona papka, ciepła i zbyt łatwa, musiała zapewne szkodzić jej na typ i prawdopodobnie chciała być jak najdłużej głodna, przynajmniej do mięsa, gdyż dziewczyna nowoczesna głodna jest wyższej klasy niż dziewczyna nowoczesna syta. (Ferdydurke, 131)

Forma kulinarna, jaka stosują Młodziakowie wydaje się być wybitnie znacząca. Wybór jedzenia, jakie każą sobie przyrządzić, staje się bowiem manifestowaną formą wyrazu ich „nowoczesności, znakiem pozerskiej aspiracji do przewodnictwa w „pochodzie do Przyszłości. Kiedy Młodziakowa z zawzięciem gryzie chudą pieczeń ma to być akt „stylu sportowego, któremu siekane mięsa jest zbyt łatwe, staje się jednak raczej przejawem pretensjonalności jej domorosłego high life'u. W jedzeniu również przejawia się niedojrzałość, pospolitość i moda nowoczesności, jakiej ulega Młodziak. Owe „grube, nadgryzione pajdy posmarowane masłem wprowadzają przecież w postawę inżyniera Młodziaka napięcie między pozornie postępowy stosunek do życia a tym, co odzywa się z jego biologicznej podstawy.
Bez pretensjonalności urządzony jest wiejski dwór wujostwa w Ferdydurke. W społecznej hierarchii to ludzie osadzeni wyżej niż Młodziakowie, potomkowie znamienitego arystokratycznego rodu. Patrząc na ich kuchnię i kolacyjne wiktuały nie można jednak znaleźć na stołach wystawności, to raczej posiłki zubożałej arystokracji:

Szynka w cieście, groszek z puszki, kompot z gruszek, precelki do herbaty, osmażane śliwki, orzechy z konfiturą. (Ferdydurke, 201)

Natomiast w pełni arystokratyczne menu, najwyższy przejaw bogactwa kulinarno-ekonomicznego zaobserwować można w Operetce i Biesiadzie hrabiny Kotłubaj. Arystokratyczny styl życia bohaterów bezpośrednio wiąże się z „wysokim menu. Hrabia Szarm opisując uroki „nocnego życia, w przesadzie i nagromadzeniu opisu bachanalistycznego przyjęcia, jednym tchem wymienia obok siebie:

Wczohajsze osthygi, szampan, pulahda, ha, ha, Leoncja, cette enchantehesse, mimozy i ohchidee, biżutehie i kakadu, tylko że potem dewena, parole d'honneur, ten bakahat w klubie, 13.575 plus 12.830, hazem coś koło 26 tysięcy, ha, ha, zghałem się, co za nocka... (Operetka, 234)

W tym orgiastycznym używaniu życia wyczuwana jest jakaś nuta dekadentyzmu. Formy używek i opiatów zaczynają doskwierać, zmysłowe doświadczenia wydają się przeszkadzać i otępiać, kulinaria zaś mają w tych negatywnych stanach duży udział:

(...) ja sam odczuwam na wysokościach, a moja żona też, coś jak przesyt nadmiah, przejedzenie, że to niby, aby tak się wyhazić, za dużo, za dużo ptifuhków, khemów, tużuhków, ciastek, modystek, koafiuh, kompotów, kołnierzyków, desehów, pianek, śmietanek, que sais-je, lokai, guzików, pojazdów... (Operetka, 260)

Arystokratycznego przesytu uniknęła hrabina Kotłubaj. Atrakcyjność i żywotność jej pozycji społecznej zamanifestowała się wyborem „bardziej nobliwego, wysubtelnionego, jarskiego menu. Hrabina jako wdzięczna orędowniczka „postnych kolacji i animatorka salonowych celebracji mówi:

Za dużo mięsożerności! Za dużo oparów mięsnych! Nie widzicie już szczęścia poza krwistym befsztykiem uciekacie od postów wstępne ochłapy mięsne żarlibyście bez przerwy cały dzień. Rzucam rękawicę (...). Pragnę przekonać, że post nie jest dietą, lecz ucztą dla ducha. (Biesiada, 62)

Ta wysublimowana jarskimi kulinariami forma arystokracji zachwyca narratora opowiadania. Imponuje mu cały ów rytuał i ceremoniał hrabiny. Jego obecność na specjalnej kolacji wiązać można z aspiracjami, z przejawami ambicji, wreszcie z jego chęcią dosięgnięcia wyżyn tego, co „rasowe:

Coś nad wyraz cudownego, cudownie jarskiego, powiedziałbym luksusowo jarskiego, zawierała gastronomiczna wstrzemięźliwość tych przyjęć, a olbrzymie fortuny skromnie pochylone nad porcją kalarepki czyniły niezapomniane wrażenie, zwłaszcza na tle straszliwej mięsożerności współczesnych stosunków. (...) Co się zaś tyczy kuchni, to bezsprzecznie kuchnia jarska hrabiny nie miała sobie równych; nadzwyczaj zawiesisty był smak jej faszerowanych ryżem pomidorów, a jej omlety ze szparagami były zjawiskowe pod względem jędrności i woni. (Biesiada, 63)

2. Jedzenie zabija

Kiedy popatrzeć w specyficzny sposób (konsumpcyjny? kulinarny?) na twórczość Witolda Gombrowicza i zestawić momenty w niej szczególnie dramatyczne, spostrzec można znaczący udział w nich kulinariów. Wszak to wokół posiłków unosi się Anioł Śmierci zabierający Ludwika w Kosmosie, tytułową Iwonę, Władzia w Ślubie, Amelię w Pornografii i Bolka Kalafiora w Biesiadzie hrabiny Kotłubaj.
Przypatrzmy się bliżej ostatniemu ze wspomnianych utworów. W fatalny wieczór u hrabiny, w blasku świec, artystycznym wystroju wnętrz, wreszcie w towarzystwie, którego nie powstydziłby się żaden snob, jedzono zupę z dyni pasztetowej, spécialité de la maison tego arystokratycznego salonu. A jednak:

zupa z dyni na słodko, duszonej do miękkości, którą podano na pierwsze danie, okazała się nadspodziewanie mizerna, wodnista i beztreściwa. (...) Po zupie podano drugie danie półmisek chudej i skąpej marchewki w zaprażce. (Biesiada, 64)

Po rozczarowaniu wątpliwymi walorami marchewki w zaprażce, wspaniałym clou kolacji u hrabiny staje się „olbrzymi kalafior oblany świeżym masełkiem, cudownie zrumieniony (Biesiada, 66), który wywołuje, trwożliwie obserwowane przez narratora, zgoła entuzjastyczne reakcje.
Określenia smaku kalafiora, które wypowiadają arystokratyczni konsumenci coraz bardziej odchodzą od opisów ściśle jarskiego pożywienia na rzecz wydobywania niezwykłej, trudno wychwytywalnej cechy smakowej. Jak zachwycają się biesiadnicy fenomen kalafiora: „to nie smak mięsny, raczej comment dirais-je nadzwyczaj ożywcze musi mieć masę witamin czy trochę później „coś pieprznego, coś delikatnie pieprznego.
Widok szacownych arystokratów pochylonych nad jedzeniem, wprost pochłaniających jarzynę jest dla narratora opowiadania szokiem. To już widok nie tyle jedzenia, co prymitywnego, zgoła niestosownego dla ludzi wykształconych i obytych w wielkim świecie, żarcia. Obraz spotęgowanego do monstrualnych rozmiarów apetytu hrabiny i jej gości burzy wyobrażenie narratora o delikatności i wysublimowaniu arystokracji. Konsternacja potęguje się jeszcze, kiedy narrator-uczestnik biesiady dowiaduje się o zaniknięciu Bolka Kalafiora, syna fornala hrabiny Kotłubaj. Jak bowiem głosi informacja zamieszczona w zauważonym przez narratora „Kurierze Czerwonym:

Zachodzi obawa, by chłopiec nie zamarzł na śmierć, błąkając się po polach w czasie jesiennej słoty. (Biesiada, 70)

W tym momencie cierpliwość i chęć zrozumienia arystokracji przez bohatera wystawiona jest na największą próbę. W wyraźny sposób rozchodzą się tu drogi obydwu stylów życia: naiwności i prostoty aspirującego do „rasowości narratora oraz skomplikowania, wytrawności i dekadencji arystokracji. Chwila za chwilą utytułowani biesiadnicy udowadniają jakim parweniuszem jest ich obserwator, jak mało wykształcona jest jego wyobraźnia, skoro nie potrafi zrozumieć aluzyjnych stwierdzeń wygłaszanych nad stołem podczas jesiennej, deszczowej i chłodnej aury:

Patrzcie, jak to błotko doskonale się ciągnie, jak tłusto oblepia, jak ono się maże, zupełnie sos Cumberland, i jak ten deszczyk ćwiczy, ćwiczy doskonale ćwiczy, a ten wiaterek kąsa, kąsa jak on rumieni, jak on szczypie, jak on doskonale kruszy! Aż ślinka do ust idzie, daję słowo! (Biesiada 78)

Dalsze rozwijanie tych kulinarnych rebusów typu: „cotelette de volaille, fricassée ŕ la Heine, raki w potrawce, w których łączy się w jedną jakość jarzynę z Bolkiem Kalafiorem podsuwa narratorowi straszne rozwiązanie. Nie potrafi on w pełni odczytać „metafory kulinarnej biesiady, dlatego podejrzewa gości hrabiny i ją samą nie tylko o zepsucie moralne, ale wręcz perwersję. Arystokratyczni biesiadnicy hrabiny Kotłubaj są dla niego kanibalami realizującymi czarną mszę z Bolkiem Kalafiorem jako ofiarą:

Taniec kannibalów! ze smakiem, z gustem i z elegancją i szukałem tylko bożka, murzyńskiego potwora o kwadratowej czaszce, wywiniętych wargach. Okrągłych policzkach, rozpłaszczonym nosie, patronującego gdzieś z góry bachanaliom. I, zwróciwszy wzrok w stronę okna, ujrzałem za szybą coś właśnie w tym rodzaju. (Biesiada, 80)

Za wspomnianą w cytacie szybą tkwił Bolek Kalafior, dosłownie nie jego więc skonsumowano na przyjęciu. Jednak w sensie wykrzywionej optyki groteski to ubogiego syna chłopskiego pożerano jako słabszego, nie zdolnego się przeciwstawić potędze arystokracji. Narrator okazał się gościem zaiste niegodnym hrabiowskiego stołu, gdyż nie dostrzegł „naturalnego okrucieństwa silniejszych i bogatszych. I znowu w sensach niesionych przez technikę groteski, to również narratora podczas biesiady konsumowano, „konkretnie zaś jego zachwyt i estymę dla „wyższych sfer, jego nieśmiałość i zawstydzenie wobec „prawdziwych błękitnokrwistych. Podczas przyjęcia u hrabiny nie był jeszcze gotowy, aby go przyjąć w środowisko „ludzi rasowych, musi jeszcze „dojrzeć.
Odmienność dwóch światów opowiadania, narratora i Bolka Klafiora z jednej oraz arystokracji z drugiej strony, jest zanurzona w nieprzypadkowo kulinarnym otoczeniu. O jedzeniu i konsumowaniu „mówią przecież nazwiska bohaterów. Oto panieńskie nazwisko matki narratora brzmi dość jednoznacznie - Dróbek. To ptasio-mięsne miano kontrastuje z wegetariańskim nazwiskiem niedawno „urasowionego barona de Apfelbaum. Kulinarnie brzmi również Kotłubaj, jeśli uruchomić asocjację z „kotłem, konsumpcyjnie w sensie erotycznym, jeśli skojarzyć Kotłubaj z „podłubaj.
Jeśli przyjąć zapewnienie samego Gombrowicza zawarte w „Krótkim objaśnieniu, które miało się pojawić jako przedmowa do Pamiętnika z okresu dojrzewania, kulinaria w Biesiadzie hrabiny Kotłubaj miały podkreślić groteskowy nastrój opisu arystokracji:

W grotesce Biesiada hrabina Kotłubaj i jej goście jedzą, oczywiście, zwykłego kalafiora, podczas gdy chłopiec nazwiskiem Kalafior błąka się po polach, podchodzi pod okno pałacu i umiera tam w końcu z wyczerpania. Związek pomiędzy człowiekiem Kalafiorem a kalafiorem jarzyną jest czysto formalny i polega na brzmieniu nazwiska. Sens noweli zasadza się na tym, że głód i cierpienia biednego Bolka Kalafiora dodają smaku arystokratom, jedzącym kalafiora-jarzynę. Tajemnicą, której tak długo nie domyśla się mój humanitarny jarosz, jest naturalne okrucieństwo wszelkiej arystokracji.

Jedzenie zabija także w innych utworach Gombrowicza. Wspomnijmy jeszcze dwór królewski i jego mordercze pasje przedstawione w Iwonie księżniczce Burgunda. W tym na wskroś zetykietyzowanym świecie pojawia się osoba wyłamująca się z akceptowanego porządku. Po szeregu zabiegów, które nazwać można jako próbami „oswojenia Iwony przez samego księcia i jego rodziców, nadszedł czas na jej wyeliminowanie jako persony zagrażającej ustalonym w majestacie królewskim formom życia. Kulinaria okazują się w tym momencie bardzo poręcznym środkiem do osaczenia narzeczonej księcia.
Już wcześniej, na początku III aktu próbowano złamać opór Iwony namolną zachętą do spożywania pokarmów podczas wystawnego przyjęcia. Ani jednak zachęta do smakowania, ani zachęcający nie mieli przekonujących i czystych intencji, gdyż wszak Królowi „wyrwał się znaczący językowy lapsus, który wydobywa na wierzch jego mordercze zamiary:

Dajcie zgniliznę... To jest raczej tego dziczyznę. (64)

Iwona nie chciała spróbować ani „gruszeczki osmażanej w cukrze, ani „śmietanki, ani „mleczka z cukrem. Jednakże właśnie wówczas Szambelan zauważył, że odpowiednia atmosfera dworu królewskiego, rodzaj spojrzeń „z góry onieśmiela Iwonę i wręcz „dławi ją jak podczas jednego z obiadów, kiedy zwykły kartofel prawie doprowadził ją do śmierci.
Wychwycenie przez szambelana tej cechy Iwony wywołuje konsekwencje w postaci zorganizowania zaręczynowego przyjęcia księcia Filipa i Iwony. Wprowadzone menu karasie w śmietanie - ma tu jednoznacznie mordercze cele:

Jest to ryba z pozoru skromna, ale w gruncie, w samej istocie swojej niesłychanie, wprost nieprawdopodobnie arystokratyczna, dość powiedzieć , że nie ma kości, ale ości! Cóż to za sos znakomity! Niby śmietana, a jednak coś lepszego, coś wyższego od śmietany! Jakiż to smak ostry, pikantny, błyskotliwy, paradoksalny! Nie wątpię, iż wszyscy ocenią go należycie, gdyż nigdy jeszcze nie oglądałem tak wykwintnego zgromadzenia! (Iwona, 85)

Oczywiście w warstwie motywacji działań postaci dramatu to nie ryba była głównym daniem przyjęcia a sama Iwona. Było to konsumpcja ducha niezależności, inności, ale także konsumpcja ciała. W istocie była ona pożerana przez władców i królewski dwór „całościowo. Główne danie przyjęcia - karasie były tylko pretekstem, swoistą bronią przeciwko obcej, nieujarzmionej Formą, sile Iwony. Jedzenie okazało się skuteczną bronią, zamiast „odżywić wywołało „zamarcie.

3. Nic, co smaczne, nie może być straszne

Kulinaria jako motyw literacki mają u Gombrowicza różnorakie zastosowanie. Oprócz wspomnianego już zaszeregowania bohaterów w hierarchii społecznej lub budowania nastroju zagrożenia używane są przez pisarza do wyeksponowania niektórych cech narracji utworów.
Najbardziej może typowe ze wszystkich stylistyczno-kompozycyjnych ujęć kulinariów jest ukazywanie ich w powszechnie znanych w literaturze okolicznościach, czyli przy opisach orgiastycznych przyjęć. U Gombrowicza zaobserwować to można na przykładzie Operetki. Główny „smakosz Hrabia Szarm mówi:

Jeśli jeszcze znoszę kobiety, to tylko nadziewane, i to jedzeniem z dobhej hestauhacji. Kobieta z dobhą pulahdą w śhodku, to jednak smakowitsze niż ta sama kobieta wypełniona, rzekłbym, po prostu kahtoflami lub kaszą ghyczaną. Zaphaszam panią do Maxima. Powiedzmy: osthygi nadziane langustami, jaja sthusie ŕ la cocotte, fleuh de saumon, mayonnaise, kwiczoły. (Operetka, 252)

Wypowiedź hrabiego o konsumpcji szlachetnych potraw staje się rojeniową fantazją starego rajfura, łączącego doznania kulinarne z orgiastycznym seksem. Utożsamienie w wypowiedzi Szarma sfery oralnej z genitalną nie pozostawia wątpliwości z jakiego typu arystokracją mamy w utworze do czynienia.
W innym miejscu dramatu do zestawienia kulinaria seks pojawia się w wypowiedzi hrabiego Szarma ubiór. Osiąga przez to Gombrowicz przedziwną tekstylno-erotyczno- kulinarną jakość potęgującą dekadencki wymiar korzystania z życia:

Mufka z khecich ogonków od Wohtha. Pończoszki z mgiełki paryskiej!
Inexphymable hóżowe z pianką! Jupe bombée, chčme abhicot! Bluzeczka z grzybkami w sosie phovençale... Kapelutko z panache de légumes! (Operetka, 253)

Gombrowiczowi kulinaria posłużą również przy portretowaniu tak złożonego „osobnika, takiego „mieszańca jak Gonzalo. W przedstawieniu specyfiki jego pełnego bogactwa i przesytu domostwa oraz „migotliwego w architekturę, wystrój i styl otoczenia znowu odnajdziemy topikę kulinariów:

Nalał mnie grzanego piwa; ale piwo nie piwo, bo, choć piwo, winem zaprawione; a syr nie syr, owszem syr, ale jakby nie syr. Dalej pasztety owe chyba Przekładańce, a jakby Precel jaki lub Marcepan; nie Marcepan jednak, a może Pistacja, choć to i z wątróbki. (Trans-Atlantyk, 85)

Cytat w groteskowo jaskrawy sposób potwierdza i rozszerza na dalsze dziedziny wcześniejsze opisy nieokreśloności płciowej i osobowościowej Gonzala. Tak jak prędzej bohater-narrator innego typu językiem próbował odnajdywać odpowiednie określenia dla argentyńskiego magnata, tak teraz kulinaria pozwalają mu raz jeszcze dziwić się fenomenowi jego istnienia:

Gonzalo owoców przynieść kazał, jedliśmy owoce, potem wieczerzę podano w letniku... a już tak dziwny na leguminę. Mieszaniec jakiś przekładaniec, że jak Precelki, ale to Wafelki. (Trans-Atlantyk, 112)

Kulinaria dookreślają również narratora-bohatera naśladującego mecenasa Kraykowskiego. Tytułowy „tancerz chcąc na wyznawczy sposób naśladować prawnika, dorównać mu, wręcz przewyższyć, zaplątuje się w jakąś na poły obłąkańczą pasję pochłaniania pożywienia krok w krok za swoim obiektem adoracji:

Mecenas jadł dużo, zwłaszcza pulardy musiałem się zmuszać doprawdy, myślałem, że już nie będę mógł podołać i z trwogą patrzyłem, czy jeszcze dobierze. Dobierał ciągle i jadł smacznie, dużymi kęsami, jadł bez miłosierdzia, popijając winem, aż w końcu stało się to dla mnie prawdziwą męczarnią. Myślę, że nigdy już nie będę mógł patrzeć na pulardę i nigdy nie zdołam przełknąć majonezu, chyba że znów pójdziemy kiedy razem do restauracji, a w takim razie co innego, wtedy, wiem to na pewno, wtedy wytrwam. (Tancerz, 8)

W wymowie ideowej tego opowiadania groteskowe naśladownictwo bohatera, biorące swą podstawę m. in. z dziecięcego żywiołu zabawy w powtarzanie, wyolbrzymia czynności mecenasa, aby je w istocie wyśmiać. „Przyjadanie czy „przypijanie naśladowcy do obiektu zachwytu, jest tylko pozornym aktem uwielbienia, prawdziwą motywacją jest tutaj wyszydzenie i deprecjacja nobliwego mecenasa. Naśladowanie jako ostrze ataku jest zresztą obrócone także przeciw szerszym normom społecznym. Tytułowy tancerz obnaża swą rozgrywką z mecenasem pozorne wartości, jakim ulegają szerokie masy społeczne. Ostatni wszak akt ataku rozgrywa się w parku miejskim, w którym upublicznienie związku erotycznego mecenasa z doktorową staje się skandalem towarzyskim.
Na jeszcze odmiennym przykładzie można dostrzec jak jedzenie dopowiada atmosferę dojrzewania Alicji w Dziewictwie. Oto bowiem wśród jej rozważań o niedojrzałości i dorosłości pobrzmiewa zdanie:

Muszę jadać sałatę. Sałata bardziej dziewicza jest niż rzodkiewka czemu, kto zgadnie? Dlatego może, że bardziej kwaśna. Ale znów cytryna mniej jest dziewicza, nawet od rzodkiewki. (Dziewictwo, 88)

Nie chodzi tu rzecz jasna tylko o smakowe walory warzyw. Namysł nad sałatą lub rzodkiewką są w głębszej warstwie zawoalowanymi rozmyślaniami o płciowości i o formach dojrzałości seksualnej. Nie bez znaczenia będzie fakt, że przejście z dziewictwa w świat dorosłości wiąże się z porzuceniem warzyw i konsumpcją mięsa.
Przejście to zobrazowane zostało w scenie podjęcia pozostawionej przez psa kości. Dla erotycznej atmosfery tego opowiadania znaczący jest kształt kości. Tworzy się przez to jakaś przedziwna ceremonia inicjacyjna, w którym retoryka opisywania ust Alicji i sterczącej kości odsyła do waginalno-fallusowej symboliki. Nastrój tej sceny staje się „niesmaczny, jak i samo przekraczanie progu dziewictwa. W warstwie znaczeń dosłownych Alicja zachęca Pawła do obgryzienia kości, lecz w warstwie metaforycznej jednocześnie rozpoczyna rodzaj gry wstępnej przed defloracją:

A ja tak bym pragnęła, Pawle, żebyś obgryzł to jest, żebyśmy obgryźli razem tę kość na śmietniku. (Dziewictwo, 93)

Pozbywanie się dziewictwa tak pożądane przez dziewczynę bynajmniej nie znajduje poparcia u chłopaka. On dłużej jeszcze wolałby widzieć w Alicji dziewicę, dużo bardziej zauroczony jest jej niewinnością i czystością. Stąd Alicja nakłania Pawła do jedzenia (w domyśle do stosunku płciowego), niczym, kusząca do spożycia zakazanego owocu rajskiego, biblijna Ewa:

Chodź, kość na nas czeka, chodźmy do tej kości! Razem ją obgryziemy chcesz? razem! Ja z tobą, ty ze mną! Patrz, już ją mam w ustach! A teraz ty! Teraz ty! (Dziewictwo, 95)

W końcowej wymowie opowiadania trwalej przywiązany do idei dziewictwa okazuje się więc Paweł. To w nim, w bardziej trwały sposób niż w Alicji, zakorzenił się mit dziewictwa jako naiwności, czystości i niedojrzałości. Dorosłość zaś odbierał i dalej będzie postrzegał jako rozczarowanie, brud i skończoność. Napięcie między przed- i po- dziewictwem uwidacznia się w świadomości Pawła szczególnie mocno, kiedy wraca w okolice stołu, jedzenia i... przemiany materii:

Jedząc pieczeń cielęcą nie wie o niczym, nie domyśla się niczego, je niewinnie, i tak samo w każdej rzeczy, od rana do wieczora, je niewinnie, i tak samo w każdej rzeczy, od rana do wieczora. Kiedyż to powiedziała zamiast pająk pajączek, pajączek zjada muszki? O cudzie! Niewinna i w salonie i w jadalnym i w panieńskim pokoiku za białą firanką i w klo... Cicho! Straszna myśl! (...) Ona tego w ogóle nie robi, ona tego nie zna, inaczej nie byłoby chyba Boga na niebiosach (...). A w każdym razie to się odbywa poza nią, ona wówczas duchem jest nieobecna, niejako machinalnie... (Dziewictwo, 86)

Innego typu napięcie dialektyczne z kulinariami w tle występuje w Zbrodni z premedytacją. Kiedy przyjaciel zmarłego pojawia się w jego domu i wygłodniały ze smakiem pałaszuje kotlety, czynność tę przerywa mu kobieta z rodziny słowami:

Pan chciał... Więc chodźmy... tam... Zaprowadzę pana. Zasadniczo uważam dzisiaj, gdy na zimno rozpatruję tę sprawę że wtedy miałem prawo do siebie i do mych kotletów, to jest, że mogłem i nawet powinienem był odpowiedzieć: - Służę ale naprzód dokończę kotletów, gdyż od południa nie miałem nic w ustach. Może, gdybym tak odpowiedział, odwróciłby się bieg wielu tragicznych wypadków. Lecz czy moja wina, że tak mię sterroryzowała, iż kotlety moje, zarówno jak ja sam, wydały mi się czymś trywialnym i niegodnym wspomnienia i tak byłem z nagła zawstydzony że do dziś rumienię się, myśląc o tym wstydzie. (Zbrodnia, 34)

Cała ta scena dokumentuje klasycznie niemal przedstawiony problem konfliktu praw natury i praw obyczaju. Konflikt staje się tym drastyczniejszy, że zarówno natura w swych biologicznych żądaniach (ostry głód) jak i kultura w percypowaniu jednego z najważniejszych aktów (śmierć) domagają się jednoznacznego zajęcia stanowiska. „Opresyjność kultury jak by powiedzieli freudyści okazuje się w tym starciu większą siłą, kolacja ustępuje na rzecz praw zmarłego.
W podobnym ujęciu konfrontacji natury i kultury pojawiają się elementy kulinariów w jednym z fragmentów Pornografii. Fryderyk mimo, iż bynajmniej nie jest człowiekiem niezdecydowanym lub psychicznie słabym ulega groźnemu napięciu wytwarzanym przez patrzących na niego ludzi:

Podano mu herbatę, którą wypił, ale pozostał mu na talerzyku kawałek cukru i wyciągnął rękę, żeby go podnieść do ust ale może uznał ten ruch za nie dość uzasadniony; więc cofnął rękę jednakże cofnięcie ręki było właściwie czymś bardziej jeszcze nieuzasadnionym wyciągnął tedy rękę powtórnie i zjadł cukier ale zjadł już chyba nie dla przyjemności, a tylko żeby się odpowiednio zachować... wobec cukru, czy wobec nas?... (Pornografia, 8)

Cała scena jaskrawo wyodrębnia społeczno-kulturową konwencję społeczną, umowę w myśl której pragnie się wszelkie akcje i interakcje wyraźnie skodyfikować. Właśnie zachowanie się przy piciu herbaty jednego z bohaterów powieści bierze w nawias jego osobę i motywację. To, że przez moment nie potrafił się zachować „wobec nas, świadczy o jego ukrytych celach, nieokreśloności przekonań. Scena ta wydobywa na powierzchnię „obcość stosunków między ludzkich, ich groźne, roszczeniowe wobec jednostki cechy. Tworzy się przez to opozycja tego, co zewnętrzne (konwencja społeczna) i tego, co wewnętrzne (świat Fryderyka). Fryderyk znajduje swój sposób egzystencji poprzez system gry wobec świata.

4. „Tłusta langusta wpada mi w usta

Tak mówi inżynier Młodziak, uwalniając z siebie całe pokłady frywolności, niedojrzałości i pospolitości. Jego dalsze prostackie rymowanie słowami: „Mimo dość tłustego cielska była bardzo marzycielska. (Ferdydurke, 163) wydobywa jeszcze głębsze skrywane pod maską nowoczesności pokłady infantylizmu i trywialności. No co innego jednak warto w „poezjowaniu Młodziaka zwrócić uwagę - na motyw ust. Dla kulinarnej aury utworów Gombrowicza to wszak podstawowy aparat doświadczania. Obrazy ust w czynnościach jedzenia, pożerania i pochłaniania są częste, lecz także konwencjonalne w swej prymarnej funkcji. Gombrowicz sięga jednak do tego motywu szczególnie często, z pewnym upodobaniem, zwłaszcza w otoczeniu erotycznej stylistyki. Kiedy zatrzymać się przy Lenie, bohaterce Kosmosu, jej usta kojarzą się głównej personie powieści Witoldowi ze zmanierowanymi usteczkami Katasi, ale jednocześnie paszczą powieszonego kota. Jama ustna, tworzy w pewnym miejscu narracji złożony erotyczno-tanatyczny obraz, wręcz organizujący postrzeganie bohatera:

[...] tercet wróbel-żaba-Katasiutka pchnął mnie w tę jej jamę ustną i z jamy czarnej krzaków uczynił jamę jej otworu gębowego. (Kosmos, 51)

Nie tylko w Kosmosie obrazy jedzenia kojarzone są z seksualnością. Nastrój ten obecny jest również w Iwonie i Dziewictwie. Kosmos zawiera wszakże jeszcze jeden element oralny. To chwila, kiedy Witold wsadza palec w usta samobójcy-wisielca Ludwika. Ten gest ma w sobie perwersyjny erotyzm, ale i również może być traktowany jako zobrazowanie postawy światopoglądowej bohatera, dążącego do zrozumienia zakrytych znaczeń świata i spenetrowania najgłębszych warstw rzeczywistości.
Kulinaria wplatane są również w inne elementy skomplikowanej, wielotorowej narracji zbliżonej do techniki strumienia świadomości Kosmosu. Oto z niekończących się rojeń i rozważań głównego bohatera na wierzch wypływa „dziwolążenie się ze słowostworem. W ciągu skomplikowanych zdań pojawia się i takie:

Czemuż byś papusiu swojmsusiu nie podpapciła papupapu rzodkiewskagowego? (Kosmos, 21)

Ponownie powraca tu oralna atmosfera konsumowania, tym razem w chęci zawłaszczania, „zjadania materii słownej. Narrator także nad sferą języka pragnie roztoczyć swą władzę i obszar dominacji.
Topika kulinarna pojawia się także w przedstawieniu skomplikowanych interakcji bohaterów Ferdydurke. Oto jeden z rozdziałów powieści ma tytuł Kompot. Taki stylistyczno-kompozycyjny wybór uzasadnić można faktem, iż to właśnie w scenie z bełtaniem kompotu bohater przełamuje barierę, uwalnia się spod czaru pensjonarki:

(...) zacząłem babrać się w kompocie, wrzucałem okruszyny, śmiecie, gałki z chleba, bełtałem łyżeczką (...) dodając jeszcze trochę soli, pieprzu i dwie wykałaczki. (Ferdydurke, 136)

Ta czynność jest zaskoczeniem dla Młodziaków. Rodzaj gry, jaką wprowadził Józio jest im obcy, nie potrafią odnaleźć mechanizmów zdolnych osłabić jej działanie. Nie mogą uchwycić sposobów na okiełznanie samego Józia, on zaś dzięki papce kompotu odkrył luki w ich wydawałoby się żelaznym systemie formy nowoczesności. Józio osiągnął dwa cele: zewnętrzny i wewnętrzny. Zewnętrzny, gdyż może teraz nie tyle uciec (w poczuciu przegranej), co odejść (w poczuciu dumy) z domu Młodziaków. Wewnętrzny, gdyż uwalnia się od działania presji konwencji pensjonarki i mitu nowoczesności:

Kompot wyjaśnił mi wszystko. Tak samo, jak zbabrałem kompot, zamieniając go w rozwiązłą papkę, tak też mogłem zniszczyć nowoczesność pensjonarki, doprowadzając do niej pierwiastki obce, heterogeniczne, mieszając, co wlezie. (Ferdydurke, 137)

Dalsze ideowe rozstrzygnięcia bohatera, jego heroizm działań raz jeszcze przedstawiane są w kulinarnej stylistyce:

Z zazdrością wspominałem owe piękne, romantyczne lub klasyczne zbrodnie, gwałty, wyłupianie oczu w poezji i w prozie masło z konfiturą, to wiem, że jest straszne, a nie wspaniałe i piękne zbrodnie u Szekspira. Nie, nie mówcie mi o tych waszych zrymowanych bólach, które połykamy gładko jak ostrygę, nie mówcie o cukierkach hańby, kremie czekoladowym zgrozy, ciasteczkach nędzy, landarynkach cierpienia i smakołykach rozpaczy. (Ferdydurke, 138)

W ten sposób szczególny znak kompotu wywołał konsekwencje w kulinarnej narracji Ferdydurke. Oceniana w zacytowanej partii tekstu literatura została przyrównana do restauracyjnej rzeczywistości, w której menu wypełniają elementy romantyczne, klasyczne, poetyckie lub prozatorskie. Kultura literacka staje się pożywieniem, karmą dla intelektualnych przeżuwaczy. Papkowatość tej kuchni sprawia, że są to wartości pozorne czy banalne, nie zaś prawdziwie odnowicielskie. Wartością bardziej wartościową powinna stać się jakość ponadkuchenna:

Tak, to, co miałem przedsięwziąć w imię Dojrzałości i dla uwolnienia się spod magii pensjonarskiej, było już działaniem antykulinarnym i kontrpodniebieniu, przed którym wzdryga się przełyk. (Ferdydurke, 139)

Kulinaria zdecydowanie wzmacniają Gombrowiczowską myśl o człowieku współczesnym. Zapisem tego typu namysłu jest ośmiopunktowy program zawarty w jednym z zapisów Dziennika pisarza:

1. Człowiek stwarzany przez formę, w najgłębszym, najogólniejszym znaczeniu.
2. Człowiek jako wytwórca formy, jej niezmordowany producent.
3. Człowiek zdegradowany formą (będący zawsze „niedo niedokształcony, niedojrzały).
4. Człowiek zakochany w niedojrzałości.
5. Człowiek stwarzany przez Niższość i Młodszość.
6. Człowiek poddany „międzyludzkiemu, jako sile nadrzędnej, twórczej, jedynej dostępnej mu boskości.
7. Człowiek „dla człowieka, nie znający żadnej wyższej instancji.
8. Człowiek dynamizowany ludźmi, nimi wywyższony, spotęgowany (Dziennik II, 11)

W wymienionych punktach filozoficznego i społecznego aspektu egzystencji człowieka do terminu „forma można dodać przymiotnik „kulinarna, a wówczas ujrzymy jeszcze jeden czynnik relacji jednostki ze światem. Nie jest to skończony, precyzyjny system naukowy, gdyż Gombrowicz jako artysta wszelkiej systematyki unikał. Jednak dzięki kulinariom autor Ferdydurke zarysowuje kształt swojej postawy artystycznej, opisuje rodzaj aktywności twórcy, który poprzez proteuszowe postacie swojego „ja i żywioł gry ukazuje swą wszechmożliwość, chęć dominacji i pasje sprawowania władzy. Serwuje w ten sposób czytelnikowi danie wykwintne, choć o składnikach zaskakujących. Potrawa to słodko-kwaśna, ostro-gorzka, ale w końcu przyrządzona przez samego Kucharza Formy, Mistrza Celebracji Witolda Gombrowicza.