SCENARIUSZ MONODRAMU

PT.


BESTIARIUSZ


(wersja z 1998 roku)




SCENA I:

W ciemnej sali wybucha nagle dźwięk Mozarta. Po chwili zapalony zostaje suwany na statywie reflektor, który oświetla stojącego tyłem do widzów. Aktor zarysowany przez światło reflektora, przesuwa się ku widzom. Ubrany w gumowaty płaszcz, ekstrawaganckie pantofle i kuglarski kapelusz. Na piersiach zawieszony ma magnetofon szpulowy, z którego wydobywa się muzyka Mozarta. Aktor nosi lustrzane, estradowe okulary. W scenie tej przeobraża się w tresera, konferansjera cyrkowego.
Aktor przesuwa światło reflektora po scenie, po widzach, wreszcie wybiera miejsce gry spektaklu. Wówczas zapalone zostają kolorowe światła, aktor rozkłada kartony-klatki, umieszcza rekwizyty w ich wnętrzach. Jednocześnie przekrzykuje muzykę, słychać tekst:
Rozmiar: 23067 bajtów
Bestiariusz dla waszej rozkoszy.
Bestiariusz, w którym robactwo wszelakie, a podłe na jaw rozciągnione będzie.
Bestiariusz z insektami drobiącymi we kwieciu, a i na innym stworzeniu się pastwiące.

Tylko tu dziateczki pulchne jest ptactwo niebieskie z niwy gadające, przytomne i prudencją napełnione.
Szanowni ojcowie! Patrzcie na zwierza płaskiego i gryzącego jaki przemyślny jest w tchórzliwości swej, a uprzykrzony.
Dostojne matki! Pogłaskajcie żywiątka wilgne a wodne w pławieniu i płodności nieustające.

Dla wszystkich co tu przyszli, bes
tyje pospolite a imaginowane, z których każde historyję szczyrą prawi.
Tylko teraz, tylko tu!

Muzyka cichnie, kolorowe światło gaśnie, zostaje światło suwanego reflektora.


SCENA II:

Aktor treser podchodzi raz do jednego, raz do drugiego kartonu-klatki, zwracając się do imaginowanych zwierząt. Na początek mówi do imaginowanej ćmy niby to skrytej w pierwszym kartonie-klatce; wyciąga z płaszcza laski ogni zimnych, świeczki oraz zapalniczkę. Zapalając ogień zapalniczki, zwraca się kusząco i przymilnie do ćmy:

Czy ten ogień coś ci przypomina?
Jak się wobec niego czujesz?
Czy podoba ci się miejsce jakie specjalnie dla ciebie przygotowałem?

Tutaj możesz się wyciszyć
Nie musisz z nikim prowadzić dysput o wielkim świetle, które nazywasz Bogiem
Tutaj nikt nie urazi cię nieskromnością
I nie będziesz musiała mierzyć długość pończoch na nogach.
Wreszcie się poświęcisz i wyciągniesz paciorkowce różańca
I butelki ze świętą oliwą do namaszczania tarczy wiary.

Pamiętaj, to ja cię chronię,
Abyś nie musiała wśród straganów z kwiatami dowodzić,
Że róża jest jedynie duchowna
A lilia rozmnaża się przez dzieworództwo.
Sprowadziłem cię tutaj,
Abyś głosiła chwałę wolnych lotów.

Po chwili aktor przechodzi do drugiego z kartonów i wyciąga z płaszcza laski kadzidła i świece. Zapalając zapalniczkę, uwodząc ogniem, zwraca się do piżmaka:

Ty także masz wiele wspólnego z ogniem, nieprawdaż?
Ty także walczyłeś o świętość.

Byłeś nawiedzony świętym gniewem
Walczyłeś ze złośliwymi demonami
Ty który byłeś tak blisko absolutu
Teraz sterczysz obok misy, którą ci podsunąłem
Parująca strawa kojarzy ci się z dymani ofiar
Wyczekujesz bożego palca.

Ale żaden cud nie następuje
Musisz jakoś pogodzić swoje brudne łapy w misie
I wyższość pokarmu duchowego nad ziemskim
Patrz na powierzchni twojej zupy
Pływają wielkie armady okrętów
Z obłąkanymi duszami zamkniętymi w lukach

Jesteś jedną z nich, nieprawdaż?
Powiedz coś o tym!


SCENA III:

Aktor włącza muzykę Mozarta, zapalone zostają kolorowe, cyrkowe światła. Aktor zrzuca z siebie płaszcz i kapelusz. Błyska nagie ciało, na piersiach aktora założony został rodzaj skórzanego chomonta, na biodrach ma czarną przepaskę. Aktor przeistacza się w zwierzęta; najpierw w ćmę, później w piżmaka. Wykonywany jest rodzaj pantomimicznego i tanecznego ruchu, który wyraża miłosne uczucia między dwojgiem zwierząt.


SCENA IV:

Muzyka cichnie. Wszystkie światła gasną. Poblask bije tylko z wnętrza kartonów-klatek. Aktor wchodzi do jednego z kartonów i podpalając laski zimnych ogni, mówi:

Im większa jasność, tym bardziej lot staje się nieunikniony.
Pamiętam o figurze na moich skrzydłach,
Lecz mimo to mój odwłok porywa podskórna rzeka.

Tak naprawdę światła nie cierpię pod żadną postacią,
Ono zmusza mnie do poddaństwa,
Do płonącego tańca.

Wobec ognia płaty moich skrzydeł twardnieją
Są coraz bardziej sprężyste,
Oczy łzawią mi od ognia
I ogromnieją w wielką soczewkę.

Jestem już całkiem blisko światła.
Ono się rozszczepia w przezroczu mych lotek,
Ten widok mnie pochłania.

Czuję teraz płomień na moim ciele,
Czuję, jak z gorąca pęka moja skorupa,
Czuję, że koniec jest zawsze sensowny.

I spadam oto w ramiona prochu
Aby smakować zaćmienie umysłu.

Ostatnie słowa zbiegają się z ostatnim blaskiem zimnych ogni.
Po chwili aktor przechodzi w ciemności do drugiego kartonu-klatki. Tam podpala laski kadzidła umieszczone na wirujących dzwonkach. Mówiony jest tekst:

Nigdy bym nie przypuszczał, że zostanę świętym zwierzęciem.
Słyszałem o poświęcaniu bóstwom różnych stworzeń,
Lecz o piżmakach było cicho.
Niestety, do czasu...

Teraz n
astała era nowego sacrum
A to wymaga zmian w rytuale.
Wycinają więc ze mnie gruczoły, suszą je, mielą
I poświęcają zbożnym celom.

Piżmowe kadzidła zapewniają bliski kontakt ze świętością,
Lecz tylko dla mędrców.
Profani wyczuwają zaledwie mocz.

Kiedyś gruczołem znaczyłem teren mego życia.
Teraz mój zapach określa zonę śmierci i krąg nienazwanego.
Kiedyś tylko śmierdziałem,
Teraz wydaję woń.

Właściwie czuję się niedowartościowany.
Gdybym tracił dla Boga serce lub wątrobę, nawet wnętrzności
Mniej czułbym się zażenowany.

Lecz tylko genitalia...


SCENA V:

Z ciemności wybucha Mozart. Aktor zakłada strój cyrkowy, zapala się kolorowe światło. Aktor przekrzykując muzykę, ogłasza:

To jeszcze nic, kochani! Historia niespełnienia naszych stworzeń jest zaledwie próbką nastroju jaki roztoczą swą ekwilibrystyką i hipodromem przemiłe świnia i koń. Przyjmijcie ich ciepło, gdyż się trochę wstydzą. Prosimy także, aby dzieci nie rzucały na wybieg pokarmu, petard i swych rodziców. A oto i nasi bohaterzy: uwaga hippodro(a)m bestiariański przed wami.


SCENA VI:

Mozart cichnie, kolorowe światła gasną, zostaje tylko snop z reflektora na statywie. Treser wyciąga szpulę z taśmą magnetofonową i niczym pejczem strofuje niewidocznego konia. Mówi tekst:

Teraz czas na ciebie...
P
okaż ten swój koński uśmiech,
Ukaż ten grymas otępienia
Razem z kiesami rzężenia o łaskę.
Tak naprawdę twój uśmiech jest bezradny,
Gdyż jeśli przyłożyć ucho do twojego korpusu,
Słychać pod skórą heblowanie trumny.

Twój uśmiech zostaje wraz z tikami
Rozszalałymi na twoim pysku.
Jest i wtedy, gdy zasypiasz, żując szmaty
W poszukiwaniu soku zielonych błoni.
Wtedy wokół twego śpiącego cielska i uśmiechu
Roztacza się tęcza
Pękniętej skóry i kości.

A teraz do roboty! Nuże, dalej!!

Po chwili aktor-treser przesuwa reflektor na drugi karton i podchodzi do imaginowanej świni. Tu także aktor wyjmuje z płaszcza szpulę z taśmą i odwijając ją rzuca do wnętrza kartonu niczym ochłapy resztek jedzenia. Słychać tekst drwiący i sadystyczny:

Och jakże mi przykro, że brakło dla ciebie świeżego chleba
I musisz sięgać po suche i łuszczące się ułamki
I nektar resztek sosów.

Widok twej szyi wzbudza niezdrowe instynkta
Niejeden chciałby cię zasztyletować,
Byleś nie sprawiała już apetycznego widoku.

Ty jednak jesteś niestrudzona w łapczywości,
Drążysz w korycie korytarze
W poszukiwaniu krainy mlekiem i miodem płynącej.

W tym marzeniu ryj występuje ci z granic
Przełyk rozwiera czeluście żołądka
I zalewasz się śliną zamiast nektaru
Słodziutka...

A teraz ćwicz i nie bądź leniwa!


SCENA VII:

Aktor włącza muzykę Mozarta, zdejmuje kostium. Zapalają się cyrkowe światła. Aktor wykonuje układy ruchowe. Koń godnie kroczy, Świnia wybija rytm tylnymi nogami. Pełna satysfakcja i uśmiechy.


SCENA VIII:

Cyrkowe światło gaśnie. Oświetlenie tylko ze świeczek obok kartonów. Z pierwszego z nich wynurza się postać zaplątana w taśmę magnetofonową niczym w siatkę pasków jakiegoś chomonta. Paski wpijają się w usta, oczy. Słychać tekst:

Ciągnąłem zaprzęg, dopóki nie potknąłem się o kamień.
Był niewielki, lecz skutecznie zranił mi ścięgna.

Nie wiem jaki wyraz twarzy miał woźnica,
Ponieważ nic nie było widać przez klapy na oczach.

Marzyłem przez chwilę, że obejmie mnie za szyję
I przyłoży głowę do mojego łba,
Może usłyszałby kłębiący się strach
I historię lat stapiania się mej skóry z rzemieniem.

Cóż..., dobrze, że woźnica był na tyle wyuczalny
Że szybko zrezygnował z dalszej drogi.

Wyciągnął mnie z jarzma
I obiecał dać święty spokój.

Spełnił obietnicę nad wyraz dobrze.
Wyprowadził mnie na puste p
ole,
Spętał mocno nogi i odszedł,
Podcinając żyłę na szyi.

Wbrew pozorom jakie sprawiałem, ludzie z miejskiej jatki
Długo musieli czekać, aż będę gotów.

Ten czas skracaliśmy sobie dyskusją nad problemem
Ontologicznym: umrę, czy też zdechnę.

Po wypowiedzeniu tekstu aktor opuszcza pierwszy z kartonów i przechodzi do następnego. Po chwili wynurza się z niego, spożywając taśmę magnetofonową. Jej końce spalają się w płomieniu świec:

Często rozmyślam o ślepym przypadku i przeznaczeniu.
I ciągle szukam pierwsz
ej przyczyny dla mego losu.

Niestety niczego nie mogę sobie przypomnieć
Odkąd leżę na lepkiej słomie.
Od wyziewów nachodzą mnie już torsje.

Odór i brud wczepiły się kłami w moją skórę.
Gazy i odchody postawiły pieczęć na moim umyśle.

A przecież podobno posiadam nieprzeciętną inteligencję.
Tylko szczur i człowiek może się ze mną równać.

Potrafię bezbłędnie odgaduję zapachy nektaru i ambrozji.
Gdyby nie wieczny głód mogłabym bez końca wdychać wonie.

Mam jednakże również duchowe moce.
Wyczuwam opary śmierci na kilka dni przed moim końcem.


SCENA IX:

Wybucha Mozart. Zapalają się cyrkowe światła. Aktor ubiera się w treserski uniform. Zapowiada kolejną odsłonę bestiariusza:

Czyż to wszystko nie jest wzruszające. Nie obawiajmy się uczuć wyższych. Te historie naprawdę wyciskają łzy, nie wstrzymujcie ich. Ronimy je z powodu niespełnienia miłosnego ćmy i piżmaka, problemów egzystencjalnych konia i świni i wreszcie z racji metafizycznych olśnień niedźwiedzia i pędraka. Oto ekscentryczna para świetnych dyskutantów i nie mniej interesujących tancerzy. Gorąco bijcie brawo a z pewnością pokażą wam coś ciekawego. Już nadchodzą; wcielenie skromności - niedźwiedź i wcielenie niewinności - pędrak. To specjalni artyści naszego bestiariusza.


SCENA X:

Mozart cichnie. Kolorowe światła gasną. Aktor podchodzi do pierwszego z kartonów i zachęca imaginowaną postać pędraka do ruchu. Pogania go, rozpylając dezodorant na owady:

A więc teraz czas na ciebie!
Możesz sunąć wprost na szczyty zachwytu.
Nie, nie chodzi mi o szczyty śmietniska, w którym żyłeś.

Tam mieszkałeś wśród szczątek,
Które były dla ciebie niczym góry i doliny
Tam wypatrywałeś zbawienia.

Ale zamiast niego nadchodzili twoi wrogowie
I obryzgiwali cię błotem
Przyszpilając oraz obdzierając cię ze skóry.

Uratowałem wtedy cię od śmierci
Więc teraz tańcz
I powiedz coś o sobie.

Po chwili aktor przesuwa reflektor na drugi karton i znowu zachęca inne imaginowane zwierzę do aktywności. Tym razem jest to niedźwiedź, który wabiony jest miodem niby to wyciąganym z kieszeni płaszcza aktora-tresera:

Ach ty mój nieudaczniku...
Do czego tak składasz ręce;
Modlitwy czy miodu?
Błagałeś ziemię, by przyjęła twe zgrzytanie zębów
I ślinę twego głodu.
Chciałeś być wolny od cierpienia?
Naiwny! Nie do tego Boga się zwróciłeś.
Tylko ja mogę cię wyzwolić!
Teraz milcz i cierp!
A przy okazji tańcz.


SCENA XI:

Mozart znowu rozbrzmiewa. Aktor zrzuca strój trenera i przeistacza się w zwierzęta. Odgrywa infantylny układ taneczny pełen tautologii i trywialności.


SCENA XII:

Mozart cichnie. Światło wydobywa się tylko z kartonów. Aktor wynurza się z jednego z kartonów i podąża wraz z nim w kierunku drugiego. Podczas tej sekwencji cały czas znajduje się wewnątrz kartonu, przenosząc świece w rękach. Słychać tekst:

Jestem pędrakiem w kokonie zawieszonym nad nicością.
Leżę na jedynym boku, który pozostał.
Drugi już od wieków chyba jest paleniskiem
Dla bierwion mego kadłuba.
W nim jest nadmiar życia.

Przeczuwam, że na wewnątrz mego worka z mięśni jest cicho,
Tylko na zewnątrz toczy się walka.

Końce nici kokona wiercą w ustach i nozdrzach.
Zaplątują się we mnie gęsto i bezwzględnie.
Nie mogę im przeszkodzić.
Jestem tu odłogiem, czekającym na zaoranie.

Odleżyny nabrzmiały mi z nadziei na uwolnienie,
Pierś rozrywa mi pragnienie oddechu.

Nie wiem naw
et w co się przeistoczę.
Czy będzie to wierzeja mroku,
Czy ucho igielne pełni?
Ten kokon jest trwaniem.

Tylko lub aż.

Aktor, będąc w pierwszym kartonie, wchodzi do drugiego. Powstaje podwójna figura, która przy ostatnich słowach tekstu rozpada się, wówczas gasną również świeczki.

Kiedy już mnie osaczą, czują się prawdziwymi zdobywcami.
Dzielą w duchu moją skórę i wyliczają:

Niedźwiedzi pazur na amulet jurności.
Niedźwiedzia łapa wzmaga popęd.
Niedźwiedzi łój na okłady chorób wenerycznych.
Niedźwiedzie jądra jako fetysz męskości.

Wyliczaliby tak dłużej, lecz przerywam im rykiem.
Z rozpłatanym sercem zapadam i wyliczam w nich:

Źródła lęku przed niemocą.
Obawę przed posuchą nasienia.
Odrętwienie przy łatwych kobietach.
Niechęć do sprawdzania swej męskości
.

Gawra wśród cierni zapada się wraz z moimi powiekami.
Może to i dobrze, że spełnię marzenia myśliwych.
Oni okupią to nocami spędzonymi na opowieściach o mojej duszy,
Która zaczaiła się w ich łożnicy.


SCENA XIII:

Mozart gra znowu. Cyrk trwa dalej. Treser zapowiada:

Najwierniejsi z wiernych, jesteście wybranymi do uczestnictwa w naszej ofierze. Za chwilę zobaczycie najgroźniejszą z bestii jaka kiedykolwiek istniała na ziemi. Ona jest bezwzględna, nieobliczalna i szalona. Radzimy osobom o słabszym sercu i nerwach opuścić salę. Dzieciom proszę zasłonić oczy. Wy, którzy tutaj zostajecie, robicie to na własną odpowiedzialność. Bestia, którą ujrzycie jest dzika i niewyuczalna. Bijcie na trwogę.


SCENA XIV:

Mozart rozpoczyna kolejną arię. Aktor z rekwizytów spektaklu buduje postać-kukłę. Płaszcz to skóra, magnetofon z kręcącymi się szpulami płuca, kapelusz - głowa, dzwonki - dłonie, złożone kartony - skrzydła.
Oto człowiek.

Koniec spektaklu.