D A N I E L K A L I N O W S K I


WIECZÓR AUTORSKI

- monodram -


(wersja z V 1996)





SCENA I

Aktor siedzi na jednym z dwóch krzeseł, ubrany w białą koszulę, czarne spodnie i czarne buty. Obok niego stoi drugie krzesło z zawieszonym na oparciu sznurem, opadającym z poręczy na kształt pętli. Poniżej sznura na siedzeniu krzesła leży quasi-kapelusz, wzięty wprost z wnętrza kasku ochronnego. Aktor śpi w dworcowej poczekalni.

Publiczność wchodzi na salę, widząc taki właśnie obraz. Gdy szum widowni cichnie, aktor ocknąwszy się, mówi jak we śnie z lekkim przestrachem:

W najzwyklejszych miejscach
Ciemność zawisa
Próbuję ją odgonić modlitewnymi gestami
Lecz one... bezsilne
Opadają na cierpliwą ziemię
Skoro więc nie wygrałem
I nie wygram
Zaproszę ciemność do siebie
Wypijemy cierpką, różaną herbatę
I obejmiemy się
W końcu
Ona dla mnie
Ja dla niej
Jesteśmy sobie skarbem.


SCENA II

Aktor się ożywia, wstaje z krzesła, deklamuje z uczuciem, w natchniony sposób. Powoli porzuca on wizję senną:

Podobno nie ma astrologii
Nie ma żadnych wtajemniczeń
Podobno rzeki zawracają do źródeł
A jabłka odrywają się od ziemi
I przyrastają do gałęzi
Podobno wystarczy tylko słuchać oczami
A patrzeć uszami
Tylko tyle... a znaleźć się można
W cudownej krainie
Powracającego syna marnotrawnego.


SCENA III

Aktor zapędziwszy się w deklamacji, kolejny raz budzi się ze swych wizji, spostrzega, że jest oglądany. W związku z tym pyta publiczność o godzinę, o miejscowość, do której ma przyjechać na wieczór autorski. Z kieszeni płaszcza wyciąga kartkę i odczytuje nazwę zapraszającej go instytucji.
Oznajmia, że właśnie dziś ma wieczór autorski w miejscowości, w której odbywa się aktualnie grany spektakl. Mówiąc to nasłuchuje głosu megafonu i ubiera się w strój sceniczny, czyli sztywny płaszcz, sznur służący jako krawat i quasi-kapelusz.
Aktor, skończywszy się ubierać, krzyczy: W drogę!!! i maszeruje groteskowo dookoła sceny, niosąc złożone uprzednio krzesła jako bagaże. Odgrywa następnie scenę wejścia do wyimaginowanego przedziału pociągu i perypetie samej podróży. Na końcu przyjeżdża do stacji docelowej, której nazwę lub właściwość komentuje.
Wszystkie te momenty w przeważającej części są improwizowane.


SCENA IV

Aktor dokonuje swej prezentacji jako artysty wieczoru autorskiego. Otwiera więc wyimaginowane drzwi i wychodzi z pociągu, dmąc w protezę trąbki. Trąbka wydaje dziki, chrapliwy odgłos. Aktor opowiada o sobie:

Jestem artystą objazdowym. Twórcą poszukującym. Szukam dźwięku absolutnego. O! To był ten dźwięk. O! Tam jest! Chodź! No chodź! Nie daj się prosić. Ach mój malutki, milutki. No nie bądź taki zasadniczy. Idziesz, czy nie? No żesz ty... Ach ucieka... Tam jest... Proszę pani!

Aktor rzuca się w pościg za dźwiękiem, który niczym owad przelatuje nad głowami widzów. Dźwięk-owad wykonuje najbardziej niedorzeczne akrobacje, wreszcie opada na głowę wybranego widza.
Aktor zwraca się do wybranej osoby z widowni:

Proszę się nie ruszać, zdaje się, że jest na pani głowie... Ooo ... co my tu mamy...

Aktor zbliża się do wybranego widza i odgrywa scenkę poszukiwania dźwięku na głowie człowieka. Grający mówi tekst:

To czarne nie moje, to czerwone też nie... Proszę zamknąć usta... Dźwięk lubi wędrować... I co pani zrobiła?! Połknęła go pani, tak? Czy pani wie jak ja długo nad tym pracuję? Teraz będzie się pani odbijało: Amolowo lub cedurowo.

Aktor reaguje na głos publiczności i oburzony zwraca się do widza:

Pan się śmieje? Inni też się śmiali. Kiedyś, gdy przedstawiłem swoją twórczość pewnej komisji kwalifikującej, pokręcili głowami i orzekli: „Co to jest? Przecież tak nie można. Przecież to żaden warsztat. To jest... do niczego.
Na to ja do przewodniczącego komisji: „Tak? Myśli pan, że to takie łatwe?...

Aktor ustawia się do wybranego widza (jako przewodniczącego komisji) jak w westernowym pojedynku, układa palce niczym rewolwery i wymierzając je w widza, mówi:

...No to niech pan powie: Rozrewolweryzowany rewolwerowiec rozrewolweryzował rozrewolweryzowanego rewolwerowca rozrewolweryzowanym rewolwerem.

Aktor zwyciężywszy w pojedynku rewolwerowców, w podsumowaniu, przykłada lufy-palce do ust (jak w każdym szanującym się westernie) i familiarnym tonem, z łaską proponuje widzowi-przewodniczącemu komisji inną potyczkę:

A właśnie... No dobrze, niech pan chociaż powie: Stół z powyłamywanymi nogami.

Aktor zwraca się teraz do ogółu publiczności:

Przewodniczący komisji, widząc, że to nie przelewki skupił się i wyrzekł: „Stół... bez nóg.

Aktor z tonem wyższości mówi do publiczności:

A więc właśnie... Niech mi nikt nie mówi, że moja twórczość jest do niczego.

Aktor poufale:

Nie mówię tu o tym filozofie. Ja niczego nie mam do Nietzschego.

Wykonawca z nutą przechwałki:

Ja mogę próbki mej sztuki już teraz zaprezentować. Wszystkie utwory są komponowane niczym orientalne mantry. Są metafizyczne i olśniewające.

Aktor zwracając się do kolejnego widza:

Proszę pani, proszę się uspokoić, skupić... Zna pani Kaszpirowskiego? Patrzenie na niego uzdrawia... Niech więc pani spojrzy mi głęboko w oczy i zacznie powtarzać: adin, dwa, tri... Co nie wychodzi?!
No to niech pani sobie przypomni Davida Cooperfielda... Podobno jest do mnie podobny... Proszę więc powtarzać za mną: one, two, three... Proszę nie kierować się w stronę drzwi!!!
Teraz więc jest pani uspokojona i tak przygotowana niech pani spróbuje powtarzać szybko i wyraźnie kilka razy słowo: KYOTO.


Aktor wszelkimi środkami usiłuje uzyskać odzew u wybranego widza:

I co? Co wyszło?
TOKYO !!!
Oczywiście! Widzę, że doskonale rozumie pani moją poezję. Był to przykład twórczości geopolitycznie zaangażowanej.

Zwrócenie się do kolejnego widza:

Mam również bardziej ambitne propozycje w stylu liryki osobistej. To utwór dedykowany mojemu przyjacielowi Radosławowi W.
Proszę pana o wielokrotne i szybkie powtarzanie słowa: DZIURA.


Wybrany widz zachęcany jest do uczestnictwa w grze aktora:

I co wychodzi? Głośniej proszę...
RADZIU !!!"

Aktor po chwili euforii, ze zdziwieniem do widza:

Radziu? Radziu! Cześć stary! Kopę lat... No wiesz, nie wiedziałem, że jesteś moim dozgonnym fanem.
Nie, nie umieraj jeszcze... Jak leci? Jak żona i dzieci? Co za spotkanie...


Aktor konfidencjonalnie:

Ale wiesz... ja tu mam wieczór autorski, więc rozumiesz...

Aktor mówiąc do ogółu publiczności:

Tak więc, proszę państwa, mógłbym podać jeszcze inne przykłady mojej twórczości.
Mam taki egzystencjalny utwór pt. "Masło"; powtarzanie tego słowa odkrywa przed nami całkiem zaskakujące perspektywy.
Jeszcze inny utwór, tym razem w stylu graffiti, to zwrot: "Papier w dole"; utwór głęboko przejmujący i niejednokrotnie wyrażający społeczne nastroje. Nie będę go tutaj cytował, gdyż na sali mogą się znajdować nieletni lub wersalki i tchórze...
Przepraszam... chciałem powiedzieć westalki i stróże... Zdrowej moralności oczywiście.



SCENA V

Ciąg dalszy autoprezentacji, teraz jednak aktor nie wciąga publiczności do akcji scenicznej. Słowa swe przewrotnie ilustruje gestami:

Ale państwo na pewno chcieliby wiedzieć jak to wszystko się zaczęło, to moje bycie artystą poszukującym. Jaki był mój mistrz?

Aktor gawędziarsko:

Otóż na początku był pociąg... Oczywiście kolejowy.
W przedziale pociągu siedział pomarszczony ortalion człowieka.
Spytałem: „
Czy wolne?"
Człowiek ręką bez dłoni wskazał na poplamione ławy. Przycupnąłem lekko i wyraziłem głęboki żal z powodu utraty dłoni. Mężczyzna, w odpowiedzi, z głębin płaszcza wydobył szczękę... w grymasie niezadowolenia.
„
Ależ serdecznie przepraszam! Nie chciałem pana urazić! Po prostu uważam, że utrata dłoni w tak trudnych czasach jest wielką niesprawiedliwością" - rzekłem.
Stary mężczyzna wstał, powoli podszedł do mnie i zaczął mnie... dusić jedyną zdrową ręką.
„Dlaczego ?" - pytałem.
„Moja dłoń była niegodna trzymania czegokolwiek: pędzla, pióra, czy instrumentu, więc ją odciąłem plugawy artysto." - odpowiedział starzec.

Podczas tej opowieści aktor każde prawie zdanie interpretuje przekornie, zachowując się niemal odwrotnie do znaczenia bezpośredniego tekstu.
Po „ataku starca aktor pyta sam siebie i sam odpowiada:

Skąd wiedział!? Skąd wiedział, że moim marzeniem było stać się artystą? Ten człowiek mógł być moim mistrzem. Należało go tylko naśladować, a artyzm sam przyjdzie. Tymczasem jednak należało go wyśledzić.

Aktor odgrywa szpiega, skrada się, lornetkuje „mistrza .
Nagle mówi grobowym, pouczająco-groźnym głosem, naśladując ruchy swego nauczyciela:

On miał oko. Gubił protezy, ale powieka mu ani nie drgnęła. Wykuwał iskry spod rzęs i hartował je stalową źrenicą. Przeszywał wzrokiem każdego, kogo napotkał na swojej drodze, a ludzie wylewali gorzkie łzy, że nie spojrzał na nich łaskawym okiem. Dla niego jednak nie było to solą w oku, gdyż wiedział o braku światła w ich oczach. Ten wielki stuoczny... ślepiec.
Mój mistrz zamierzał teraz wyrzec złotą myśl swoich złotych ust. Szukał dość wysokich mównic...

Aktor wdrapuje się na jedno z krzeseł i balansuje na nim. Po chwili spada z niego z okrzykiem: To nie był dobry kosz. Aktor wchodzi na drugie z krzeseł i przeistacza się w starca. Mówi zdecydowanie, gestami podkreślając chęć samodestrukcji:

Świat jest brudny, świat jest zły i jako taki wart jedynie przekleństwa.

Aktor po ostatnim zdaniu zeskakuje z krzesła wprost na kolana i znowu staje się „poetą z wieczoru autorskiego, który opowiada o swoich doświadczeniach z mistrzem:

„Mistrzu! Pozwól mi zostać twoim uczniem. - wołałem.
„Najpierw buta. - wyrzekł.
„Przecież nie jestem butny! A... Chodzi o mojego buta. Już zawiązałem... zrobione.- odparłem.
„Teraz... - i tu wyciągnął kobiecą dłoń z odmętów płaszcza.
„...jeśli złapiesz tę dłoń... - tu hipnotyzował mnie.
„...zastanowię się nad twoją propozycją. - wyrzekł, po czym wyrzucił dłoń przed siebie.
Pobiegłem jej szukać. Wypatrywałem jej całe wieki, chodząc po szuwarach i bagniskach, aż w końcu znalazłem. Na jednym z jej palców umieszczony był czarny, wielki pierścień. Widniało w nim oko. Oko wieczności i mądrości. Schwyciłem je i... umieściłem na czole.


SCENA VI

Aktor podchodzi z powrotem do krzeseł, staje między nimi, jest dumny i zadowolony z siebie, zwłaszcza ze swojej zdobycznej trójoczności. Mówi pełnym przechwałki głosem:

Teraz wszystko stało się jasne. Nic nie stało na przeszkodzie. Mogłem wyważać drzwi... Co niniejszym czyniłem.

Aktor małym palcem ręki „otwiera imaginowane drzwi.

Mogłem zdjąć przyłbicę... Intelektualistom powykręcałem ręce.

Aktor zdejmuje nakrycie głowy.

Mogłem odrzucić kopię...Dialektycy leżeli rozbici.

Aktor odkłada trąbkę.

Mogłem pozbyć się zbroi... Defetystom zabrałem błoto.

Aktor zdejmuje płaszcz.
Po chwili aktor zwraca się w stronę publiczności, aktywizując ją:

A co ze starcem? On musiał odejść. Cóż to był za mistrz... A jednak nigdy nie powiedział mi, że jedyną stałością we wszechświecie jest powszechna niestałość. Oczywiście! Przejąłem jego pewne cechy zewnętrzne, choćby taki krawat...

Aktor wskazuje na sznur zawieszony na szyi:

Czy jest prosto zawieszony? Dlaczego taki dziwny!? Właśnie... Ten krawat jest bardzo praktyczny... Można się... pohuśtać.

W tym momencie aktor zaciska pętlę krawatu-stryczka na szyi.

Ale jest to jedyny element, który przejąłem od starca. Całą resztę można zobaczyć w muzeum.


SCENA VII

Aktor przemienia się w pretensjonalną „panią nauczycielkę. Jest ona przesłodzona, ale i groźna. Prowadzi ona wycieczkę do muzeum. Dziećmi są wybrani przez aktora widzowie wywołani na scenę.
Aktor zmanierowanym głosem:

Dzieci! Proszę parami. Dziś pójdziemy do muzeum. Równo idziemy. Proszę. Machamy rączkami kierowcom na przejściach dla pieszych: „Jak się masz, kochanie, jak się masz... Przechodzimy, przechodzimy. Nikt nie zostaje z tyłu... Jasiu!..."

Aktor rzuca lasso, które jest utworzone z jego sznuro-krawatu, na wyimaginowaną postać Jasia:

Nie wolno zostawać w tyle. Żeby mi to było ostatni raz...

Aktor jako nauczycielka przybiera teraz bardziej mentorski ton. Ukazuje dzieciom-widzom elementy wystroju muzeum:

Jesteśmy w muzeum. Ta sala, nisko sklepiona antropocentryzmem, jest bardzo ważnym wkładem do kultury narodowej. Ten kurz to żaden brud, to pył metafizycznych dysput. A oto pierwszy z eksponatów po naszym mistrzu...

Aktor trzyma w rękach quasi-kapelusz i zwraca się do pierwszego widza-dziecka:

Jak myślisz dziecko drogie; co to jest?

Aktor dopowiada:

Myśl ludzka ujęta w karby logiki...

Tu aktor quasi-kapelusz umiejscawia na krześle.
Po chwili aktor do drugiego widza, trzymając w ręku protezę trąbki:

A jak myślicie... cóż to za tajemnica?

Komentując odpowiedź widza:

To jest pozłacana idea supremacji ducha nad materią, nad którą pracował...

Tu aktor układa na drugim krześle trąbkę.
Wreszcie aktor zwraca się do trzeciego widza, podnosząc płaszcz:

No i ostatnia szansa dla ciebie maleństwo... Co to jest?

Po odpowiedzi widza aktor wyjaśniająco:

To jest boskie truchło, mumia harmonii, ciało naszego mistrza.

Tu aktor rozkłada płaszcz na oparciach krzeseł.
Wyjaśniająco do widzów:

W tym zaś miejscu tkwi kompleks Tanatosa-Erosa, który również ma swoje miejsce w antropozofii znanego nam myśliciela i twórcy...

Aktor zawiesza sznur-krawat na płaszczu.


SCENA VIII

Aktor chowa się za zbudowaną podczas wycieczki do muzeum dekoracją i za chwilę z rechotem na ustach pojawia się znowu. Tym razem jednak jest to już „poeta z wieczoru autorskiego:

Cha-cha-cha. Nie umiem się śmiać, ale nie przeszkadza mi to w kontrolowaniu świata.

Aktor wskazuje kolejno widzów, którzy pozostali jeszcze po poprzedniej scenie w muzeum i odprawia ich tekstem na widownię:

A! A co Pan tu robi?
B! Boże, skąd Pani się tu wzięła?
C! Co... Jeszcze Pan tu stoi?
D! Dalej... To mój wieczór autorski!
E! Natchnienie!


Przy artykulacji „E aktor wczuwa się w przywoływane natchnienie. Rozciąga więc wymawianie głoski w czasie, robiąc przy tym figurę gimnastyczną (tzw. jaskółka). Dalej przedłużając „E aktor zamienia figurę gimnastyczną w bieg wokół sceny, który kończy się okrzykiem:

Mam swoje odloty!

Aktor jest teraz w pełni "poetą" z wieczoru autorskiego. Przekomarza się z publicznością:

Tak! Mam swoje odloty. Mogę na przykład podczas swojego wieczoru autorskiego deklamować wiersze.

Zwrot do wybranego widza:

Jaki by pani chciała? Romantyczny, klasyczny, intelektualny, czy współczesny?
Romantyczny? Ależ proszę! Tylko chwila retuszu!

Aktor podchodzi do publiczności i zaprasza do stworzenia oprawy wizualnej deklamacji wiersza romantycznego:

Pan będzie cierpiał niczym młody Werter.
Jak Pani na imię? Będzie Pani Marylą!
A więc Pan się strzela, Pani wzdycha a ja... Stylowe mankiety a' la Słowacki, zmierzwiony włos a' la Beethoven, nagi tors i:
„Bez serc, bez ducha... Moja ty dziewucha.

Aktor po odegraniu wiersza odprawia widzów na miejsce. Przedstawia kolejny wiersz, przy deklamacji którego udział biorą widzowie:

No i co? Woli Pan klasyków? Proszę bardzo... Chwila skupienia...
Pan ma ciekawy profil. Będzie pan czaszką w rękach Hamleta. No to chociaż grabarzem? Dobrze?
A Pani? Czy umie Pani pływać? Doskonale, będzie Pani utopioną Ofelią.
A więc Pan kopie grób dla Ofelii. Ja próbuję przywrócić ją do życia metodą usta - usta... Lecz się nie udaje. Dlatego mówię:
„Coś tam, coś tam, coś tam, coś tam...
coś tam, coś tam, coś tam, coś tam!

Aktor bierze z krzesła quasi-kapelusz i mówi:

„Coś tam, albo coś tam,
Oto jest coś tam.

Aktor do widza z oburzeniem:

No coś pan?! Nie podoba się panu? Mogę inny wiersz... intelektualny lub intelektualistyczny. Jaki ma być? Dobrze, wybiorę pośredni... i poproszę kogoś do zrobienia nastroju.

Aktor oddaje ustnik trąbki wybranemu widzowi, nakazując by użył go jako papierosa. Innemu widzowi poleca założyć rozchełstany płaszcz:

Ależ się Pani dostojnie ubrała. A więc Pani będzie chmurną intelektualistką kontestująca płaszczem i papierosami.
Pan się krzywi. Wobec tego będzie Pan cynicznym egzystencjalistą. Zna pan rzeźbę Rodina „Myśliciel? Niech Pan spróbuje tej pozy.
Uwaga! Oto w nocnym barze pojawia się chmurna intelektualistka, która kontestuje płaszczem. Podchodzi ona do cynicznego egzystencjalisty i częstuje go papierosami marki „George Sand. Palą papierosy i myślą nad wolnością, podczas gdy obok sączy się mój wiersz, a właściwie
motto wiersza: „sakabauno, sakabauno,
rataplan, rataplan.
A teraz sam wiersz: „
carmen, carminis,
carmini, carmen, carmine,
carmina, carminum,
carminibus, carmina, carminibus.

Aktor jest oburzony na reakcję publiczności. Odprawia uczestników oprawy wiersza:

Co? Szajbus?
Jeżeli i ten utwór wydaje się być niewłaściwy, zaprezentować mogę jeszcze jeden. Będzie to wiersz bez oprawy i wspomagania, ponadczasowy, choć współczesny.

Aktor pręży się i mówi z uczuciem:

Wiersz surrealistyczno-ekspresyjno-konceptualno-antykoncepcyjno-freudowsko-kalinowski:
„
Mam już swoje lata
Lecz gul mi lata
A poresztom mózg się lansuje
Kiedy tak deklamuję
Sam nie pojmuję
Jak cudownie rymuję.

Aktor kłania się publiczności i mówi dalej:

Publiczność po takich tekstach przeważnie jest zdębiała... co nie znaczy, że staje się drzewami.
Raczej jest zaskoczona... co nie znaczy, że już nigdy nie będzie mogła skakać.
Publiczność jest po prostu wniebowzięta... przy czym najczęściej okazuje się, że jej nie ma.


SCENA IX

Aktor kończy w tym miejscu rolę „poety z wieczoru autorskiego. Mówi teraz innym tonem, bardziej prywatnym. Buduje on konstrukcje z krzeseł i rekwizytów omawiając to działanie:

Pewnego dnia chciałem się zobaczyć
Tak po prostu nieruchomo
Złamawszy ramiona utworzyłem z nich ramy obrazu.

Krzesła stawiane są jedno na drugie.

Tłem obrazu była ciemność.

Z
awieszony zostaje płaszcz.

Na pierwszym planie głowa.

Nakrycie głowy umiejscowione zostaje na szczycie konstrukcji.

Na drugim umieściłem duszę.

Ułożenie trąbki.

I ziemskie przywiązanie.

Ułożenie sznura.
Aktor znika za konstrukcją, potem nagle ukazuje się jego głowa pośrodku krzeseł. Ta głowa mówi, jest nie z tego świata. To mówi obraz:

Co za piękna kompozycja...szkatuła kości.

Pauza, zastygnięcie twarzy, pojawia się ręka, aktor dalej mówi:

Pewnego dnia umarłem
Nie żebym zrobił to specjalnie
Po prostu stężałem
Chciałem uwolnić się
Od ciała i przyzwyczajenia
Musiałem jednak zostać
Z pękniętą głową
I złamanymi ramionami
Nic nie błysnęło
Nawet po śmierci
Krzyk nie ustawał



Aktor powoli wycofuje się z twarzą, pozostawiając na widoku dłoń. Ręka po zniknięciu twarzy, ożywia się i wykonuje mudrę pomyślności. Pauza.
W chwilę potem konstrukcja się zawala. Koniec spektaklu.