DANIEL KALINOWSKI , ZAMRA

SŁUPSK 1997



SPIS TREŚCI:

I.

1. Adam i Ewa
2. Abraham i Sara
3. Józef i Maria
4. Jezus i Magdalena
5. Franciszek i Klara
6. Jan i Teresa

II.

1. Hefajstos i Afrodyta
2. Orfeusz i Eurydyka
3. Parys i Helena
4. Odyseusz i Penelopa
5. Sokrates i Ksantypa
6. Owidiusz i Eunice

III.

1. Tristan i Izolda
2. Abelard i Heloiza.
3. Roland i Oda
4. Dante i Beatrycze
5. Petrarka i Laura
6. Don Kichot i Dulcynea
7. Romeo i Julia
8. Hamlet i Ofelia
9. Casanova i Cecylia
10. Don Juan i Aurora






Są jak ci,
którzy umierając z pragnienia,
błagają o łyk wody,
pośrodku rzeki.


Hakuin




I





Przetoż opuści człowiek ojca swego i matkę
a przyłączy się do żony swej
i będą dwoje w jednym ciele.


Biblia <Genesis> I, 24





ADAM I EWA
ADAM
Wiem, że to brzmi jak narzekania starca
Ale nie potrafię zapomnieć przeszłości.

Kiedyś wszystko wydawało się prostsze,
Był ogród, kobieta i porządek.
Potem chciałem ukazać się odważniejszym niż byłem,
Dlatego ugryzłem to zgniłe jabłko.

I ujrzałem jak piękna jest Ewa
Aż wstyd było patrzeć.
Ona całowała moją nagość
I bardzo chciała mieć dzieci.

Lecz wygnano nas, może to i lepiej,
Ta harmonia stawała się już nudna.
Teraz na zniszczonej harmonii
Gram niebiańskie hymny.

Ewa pląsa przebrana za starą dziewczynkę
Kain i Abel śpiewają w zgodnym chórze.

Gdzieś w podziemnym przejściu dworca
Podchodzą do nas całe stada potworów
Rzucają zapotniałe pieniądze
I czekają na nazwanie.

EWA
Jeszcze nigdy nie czułam się bezpieczna
Nasz dom nawiedzał szaleniec boży,
Który przeszywał spojrzeniem jak gorejącym mieczem...
Broniliśmy się ucieczką.

Teraz po tylu wędrówkach
Na nowo przyszło mi być wygnańcem.

Dzisiaj trafiłam na schronienie w podziemnym przejściu
Ta noc będzie chyba bezpieczna,
Gdyż w tłumie zanika poczucie winy
I wszyscy traktują się z błogosławieństwem obojętności.

Mój mężczyzna rozprostowuje zziębnięte palce
I zaczyna grać na poczuciu wyższości u przechodniów.

Ja zaś zakładam błyszczący, tandetny kostium,
Kapelusz z piórami rajskiego ptaka
I oplatam oczy pstrokatymi tasiemkami,
Aby nie widzieć drwiących uśmiechów.

Oto pląsanie sługi dla pana, oto przebłaganie za grzechy
Wobec strażnika wyciągającego karzącą rękę.

Potem znów biegnę z dzieciakami
W tobołku, w łożysku, z nadzieją na kres lęku.
Jednakże nowe życie dusi się we mnie,
Jest miażdżone przez kleszcze przeszłości.

<W bólu rodzić będziesz...>-
Dobrze pamiętam co powiedziano.

ABRAHAM I SARA

ABRAHAM

Życie z córkami jest jak owczy targ.
Zarzucają dom mierzwą moli
I zazdrośnie gromadzą cielska tkanin.

Czasem przybiegają do mnie z krzykiem,
Żądają wyroku w wojnie o łachy.
Dla spokoju ducha rozdzieram ich szaty,
Teraz mają powód, aby mnie nienawidzieć.

Ich matka jest stara i zgorzkniała.
Ona unika mojego spojrzenia...
Boi się, że ją zabiję jak własnego syna.

Kiedyś wziąłem go ze sobą na Górę,
Pokazałem Bogu na niebiesiech
I... zabiłem jak zwierzę,
Aby ukazać swą wolną wolę.

Potem wróciłem do zagrody...
Wszyscy odetchnęli...
Znowu było normalnie.

Pragnienie syna było dla mnie zbyt silne.
Kiedy przyszedł naprawdę, straciłem wiarę.
Zabijając, odzyskałem jego i siebie.
Życie z synem jest jak kolec pod paznokciem.


SARA

Mimo podeszłych lat znowu jestem w ciąży.
Kobiety wyśmiewają się ze mnie
I moich nadziei na syna.

Miałam już o kilka córek za dużo
I choć jest to bluźnierstwem,
Myślę, że w ten sposób Bóg doświadcza mojej pokory.

Czasami dotykam mego łona jak owoc granatowca
I obłaskawiam niejasne poczucie
Życia, które nie wie dokąd podąża.

Mój mąż rozpowiada o synu,
Który urodzi się na jego chwałę,
Lecz nikt już w to nie wierzy.

Ja zaś wiem z pewnością,
Że będzie to moje ostatnie dziecko
I mój ostatni wysiłek dawania.

Później zamknę siebie
I będę czekać na słodką śmierć,
Która tak długo mnie omijała.


JÓZEF I MARIA


JÓZEF

To stało się nie do zniesienia...
Te ciągłe półuśmiechy i drwiny.

Zawsze byłem prawym człowiekiem,
Przynajmniej tak mi się wydawało,
Tymczasem spadła na mnie sromota:
Maria jest w ciąży bez mego udziału.

Trywialność myśli, które mną wodzą
Jest zatrważająca i płytka... wiem o tym.

A jednak ciąża nie jest błogosławionym stanem,
Dla mężczyzny, który czeka chwili,
Aby porównać dziecko ze sobą...
Czy jest ono wystarczająco podobne?

Na pytania o zdrowie żony nie odpowiadam...
Wystarczy, że widzą mnie w gniewie i pomieszaniu.

Nie mogę zaprzeczyć, iż Maria jest cnotliwa.
Gdyby była skalana, wypowiedziałbym rozwód...
Ale jest tak nieziemsko piękna,
Aż wzbudza bezinteresowną zawiść.

Drwiny, bieda i tułaczka...
Dlaczego mnie to spotkało?


MARIA

Miałam dziwny sen o jasności,
Wobec której czułam oddanie.
To mnie przenikło i zamieszkało w łonie.

Wtedy wzburzyła się krew, tworząc lej,
W którym utonął mój naród, rodzina,
W końcu ja sama.

Potem wody się zawarły...
Nastąpiła cisza przerywana nieznanym oddechem...
Cały horyzont wybrzuszał się i zapadał...

I wtedy ujrzałam wyspę,
Całą w liliowych ogrodach,
Z ogromnym drzewem, dojrzałym orzechem.

Kiedy położyłam się w jego cieniu,
Spadł na mnie owoc,
Przez skorupę prześwitywał ludzki kształt.

Mam wrażenie, że to rośnie we mnie
Choć nie wiem jak i dlaczego
Spotkało to właśnie mnie.


JEZUS I MAGDALENA

JEZUS

<O Boże! Czemuż ta kobieta tak mnie prześladuje?>
Niektórzy z moich uczniów patrzą zdziwieni
Na jej oddanie, mówiąc coś o niewieścim bezwstydzie.

Pewnie mają rację, choć Magdalenie wierzę,
Kiedy tak obmywa me stopy olejami,
Których używała dla swych największych kochanków.

Wielu wolałoby ją widzieć trędowatą,
Za jej grzechy, obecność i piękno...
Im także wierzę.

Lecz mimo to, na niej zbuduję przyszłość...
Będzie skałą, twierdzą i domem,
W którym staje się cud chleba.

Tam nigdy nie braknie ciepła
Stągwie i kosze pełne będą bogactwa
A miłość wzajemna i dobroć...

Gdybyż Magdalena nie była tak odważna,
Byłbym może dla niej milszy,
Lecz jest za blisko i za często...

Ona dusi mnie ofiarnością
Zatrważa uwielbieniem...
To groźne dla człowieka a dla Boga?


MAGDALENA

Jakie to dziwne spotkać człowieka,
Który ani razu nie spojrzał mi głęboko w oczy.
A mimo to wie o mnie wszystko,
Nawet rzeczy, o których wolałabym zapomnieć.

Kiedyś opowiadałam o nim apostołom,
Uśmiechali się dwuznacznie i pytali czy jest bogaty...
Mówiłam, że jest królem i że królestwo jego nie ze świata tego
Lecz oni sprzedawali mi mapy i odzież na podróż.

Ja zawsze byłam tuż za jego krokami,
Znam jego matkę, braci i uczniów.
Byłam przy nim jak cierpiał i umierał,
Zastałam grób jego pusty.

Spisałam to wszystko i w tajemnicy
Czytałam jego uczniom w wieczerniku.
Przychodził wtedy do nas choć drzwi były zamknięte
I lśnił swoimi ranami.

Dopiero wtedy uwierzyli
W smak krwistego wina, żywej wody
I cudowne rozmnożenie chleba
Z zaczynu życia, które jemu tylko poświęciłam.

FRANCISZEK I KLARA

FRANCISZEK
Modlić się wspólnie z klonem,
Obumierać na wietrze i zimnie...
Czy to mnie ocali?

Klon wyciąga do mnie rękę;
Jest brunatna, spracowana i sucha,
Z liszajem rozkładu i brakiem skargi.

A przecież widać na liściu
Przełomy, co ku zdumieniu chiromantów
Prowadzą do węzła ukrytego tętna.

Widać papilarne linie z kleistym nalotem
I wypalone deszczem strzępy krainy
Co słońca poszukiwała.

Wśród ugorów liścia błyszczą tafle kropli
Nad ich brzegami gromadzą się ptaki,
Co rozprawiają o siewcy i ziarnie.

Kiedy próbuję podsłuchać ich mowy
Odlatują, pozostawiając nasiona drzew,
Z których jedno ma korzenie w niebiosach.

Klon nawet ścięty może mieć nadzieję,
Że odrośnie i żyć będzie
A co ze mną?

KLARA
Imię, które noszę nie jest przypadkowe,
Tak właśnie mówił Franciszek,
Miałam uszy więc słuchałam.

Moje ciało ma kształt kobiety,
Tak właśnie szeptał Franciszek,
Miałam oczy więc patrzyłam.

Tak bardzo bał się bólu...
Mdlał, kiedy odwijałam jego rany,
Nie chciał patrzeć na ropiejące blizny,
Pytał się mnie o ich znaczenie,
Trwożył się ich żywym mięsem prawdy.

Darłam prześcieradła mojego wiana,
Całuny moich marzeń o mężczyźnie,
Obrusy dla rodzinnych posiłków,
Chusty mego odrzuconego piękna
Dla wykwitów niesytej bieli krwi.

On po opatrunku przesuwał swe dłonie
Po moim niespokojnym brzuchu.
Mówił, że to łagodzi jego ból.

Wpatrywał się w moje łono
Z wyrazem zachwytu na twarzy.
Przemyśliwał o niepokalanym poczęciu.

JAN I TERESA

JAN

Umartwianie to być martwym.
Oczywistość tego zdania przeraża
I sprawia, że sięgam po dyscyplinę
Wiszącą na ścianie jak pęk pijawek.

Dobrze poznałem oblicza mych nauczycieli:
Wdzięk i subtelność rzemienia,
Prostotę parcianych linek z węzłami,
Rzetelność i powagę metalowych korali.

Najbardziej jednak przekonuje mnie „martys.
To rodzaj knuta z palmą haczyków
Jest giętki ale i dość sztywny, zaś jego macki
Pochodzą z ości ryb zjedzonych przez Jonasza.

Uczę się powoli, lecz dogłębnie.
Poznaję rodzaje smagnięć bólu,
Rozbłyski pulsu i złości
A także tajemnicę uprawy skóry.

Niekiedy groza zmysłów jest tak wielka,
Iż zapominam o świecie i Zbawicielu
Jedność w duchu cierpienia wypełnia mnie
I nie postrzegam ograniczeń.

Czy jednak aby nie grzeszę umartwianiem?


TERESA

To... zaczyna się kiedy spotykam śmierć
W ludziach, rzeczach i sobie.

To... lęgnie mi się gdzieś w trzewiach
I potem w skurczu i wyplusku mocy
Wychodzi ze mnie w spazmach mego ciała.

To... jest bardzo różne;
Przychodzi w błysku porannego lenistwa,
W reflektarzu kiedy siorbią
I w latrynie, którą co dnia czyszczę.

To... staje się jakby poza mną;
Nagle widzę młodzieńca niezwykłej piękności,
Co rękę ku mnie w zachęcie wyciąga,
Wtedy biegnę do niego, gubiąc szaty
I zatapiam się w jego bliznach.

To... chyba bluźniercze;
Dlatego napiszę do Jana od Krzyża,
Którego widzenia są mi miłą ścieżką
I opowiem o małej ranie, co podskórnie
Pod moim sercem się krzewi, płonąc ukrycie...
Stygmat to czy skłamanie?...





II




A potem ponieważ ludzie rośli w siłę i zagrażać zaczęli bogom, zostali przecięci na dwoje. Po takim rozcięciu naturalnych całości tęsknić zaczęło każde za swoją drugą połową, bo nic nie chciało żadne robić bez drugiego.

Platon <Uczta> XIV E









HEFAJSTOS I AFRODYTA

HEFAJSTOS
Ona nie jest piękna, raczej okrutna.

Opycha moje spocone żądzą objęcia,
Ma zamknięte oczy, kiedy pieszczę
Jej brodawki i wargi...

Uznaje mnie za zwierzę,
Któremu rzuca się ochłap rozkoszy.

A przecież dla niej wystawiam swe ciało na pośmiewisko.

Dla niej wlokę swoje martwe nogi
Z głębin Tartaru do ołtarza skał,
Gdzie broczę nienawiścią.

Do bezwstydu jej nagości
Zapachu pachwin i krwi.

Jestem dla niej zbyt słaby, ona nie czuje lęku przede mną.

Ona milczy, gdy w niej jestem...
Drewnieje, kiedy się spełniam...
I szydzi, kiedy odchodzę...

Winienem napoić jej kochanków lawą,
Nakarmić siarką
I wykastrować.

Jakże pięknie mogliby wtedy śpiewać
Pieśni płonne i płoche...
Ja zaś wreszcie zasnąłbym w spokoju.

AFRODYTA
Jakiż on jest pospolity, ten poczciwiec, mój mąż.
Jest tak ociężały, że zanim wygrzebałby się z jamy kuźni,
Zdążyłabym napłodzić kilkoro dzieci z kochankami.

On jest tak prostacki, że nie dba o paznokcie,
Nie używa wonności i nosi kilkudniowy zarost.

Jako uosobienie piękna nie mogę przecież pozwolić,
Aby mnie zbrukał ten ciemniak i gbur,
Nieprawdaż poeci?

Gdybyż był silny, młody, choćby mądry,
Może przeżyłabym coś szczególnego.

Jestem wszak zdolna do nieskończonego brania,
Wielokrotnych rozkoszy,
Zaś moja wrażliwość to pierwszy cud świata.

Czemuż on nie odda mi pokłonu.
Nie uzna prawa mojej płci.

Jestem lepsza, wrażliwsza,
Jakże pięknie kocha się we mnie Safona...
Ten ciemniak nie daje żadnej przyjemności. To impotent.
ORFEUSZ I EURYDYKA

ORFEUSZ
Bezdenna czeluść otwiera się z hukiem
I próbuje mnie pochwycić
Tam gdzie przed chwilą znikła Eurydyka.

Przyjaciele mówią, że stoję nad zwykłym grobem,
Lecz dobrze słyszę nuty ich kłamstwa.

Zbyt skrzętnie zasypują dół mej kochanki.

Ja zaś pamiętam o bzdurnej przysiędze,
Że nawet śmierć nas nie rozłączy.

Aby wypełnić słowo musiałbym się zabić,
Tymczasem czuję jak się rozrastam,
Jak chętnie urągam przyrzeczeniu.

Rozpoczynam skowyt żalu i życia,
Wobec którego zwierzęta łagodnieją
A ludzie wpadają w otępienie.

Rozcinam strunami palce,
Karmię krwią grobne demony.

I zagłuszam nienawiść do siebie.

Lecz potem oglądam się za siebie
I widzę próżność wspomnień.

Pochwalam chuć co ze mnie wypluska
Rozpoczynam ruję krzewienia siebie
W każdej napotkanej kobiecie.


EURYDYKA
Wrzucona w śmierć - tak mówi filozof...
Wrzucona w jamę - mówi niewolnik kopiący groby.

Z mojej strony śmierć jest tylko studnią wspomnień,
W której dawne życie widzę jako błysk i refleks fali.
W mogilną studnię zagłądają strwożeni ludzie,
Wrzucają w nią kamienie, aby zagłuszyć swój lęk przed ciszą.

Mnie byłoby tutaj dobrze... przyjemny chłód i cisza...
Lecz swędzenie rozkładu wciska się we wszystkie otwory ciała.

Słuch coraz bardziej staje się dla mnie echem,
Zapach zatopiła grzybna wilgoć,
W ustach czuję jedynie miedziany smak obola.
Dobrze, że nie zamknęli mi oczu... to jedyna radość...

Mogę więc widzieć tego hipokrytę Orfeusza
Jak udanie paraduje z chórem kozłów.

<Jakaż piękna agonia na agonach!> - mówią...
A on obnaża dla poklasku naszą intymność
I nigdy nie próbuje wyciągnąć do mnie ręki,
Kiedy stoi nad brzegiem naszej studni zapomnienia.
PARYS I HELENA
PARYS

Tak bardzo jestem niezdecydowany,
Kiedy podchodzę do porwanej Heleny,
Aby sięgnąć po jabłko jej ciała.

Ona myśli, że się z nią droczę,
Że za chwilę ją zgwałcę,
Czego tak bardzo pragnie.

Właśnie dlatego nie broniła się, gdym ją wykradał.
Właśnie dlatego omdlewała, abym mógł ją dotykać.

Teraz mruży oczy i sięga do mego krocza.
Otwiera mi dłoń i umieszcza w niej swą pierś.

Zrobiłem błąd przyznając kiedyś pierwszeństwo Afrodycie,
Już wtedy czułem, że z tą Heleną to przesada,
Ale te kobiety były tak natarczywe, że musiałem wybrać...

Dla kilku kropel mego nasienia,
Które padło na jej jałową ziemię,
Dałem się ponieść głupocie, zwanej pożądaniem.

Co za trywialność czai się w jej rękach,
Jaka wulgarna chuć w jej języku...

Z rozpaczą ale jednak czynię z siebie samca...
Ona chyba nigdy nie była dziewicą.


HELENA

Och ci Grecy, ci naiwni Grecy, znowu tu idą.
Te ich honory, zasady i całe udawanie...
Dlaczego mnie nikt nie spyta, czy chcę do nich wracać?

Grecy są święcie oburzeni, politykują o racji stanu,
Mnie zaś było tu dobrze z tym mrukiem Parysem,
Co tak dobrze spełniał obowiązki kochanka.

Parys jest młody, silny i pachnie żywym strumieniem,
Nie zaś stęchłą kałużą jak ten miłośnik Odysa, mój mąż.
Parys nie filozofuje, ma niebieskie oczy
I jest synem Priama czy Priapa, sama już nie pamiętam.

Choć jestem dla niego zbyt sucza,
Nie mogę zaprzestać wyuzdania.
On robi co każę, to niezwykłe
Ujrzeć swą zatratę w rozkoszy.

Co mnie zmusza bym go gryzła i lżyła?
Co sprawia, że szukam coraz większego bólu?
Dlaczego zaczynam kochać Parysa?

Lecz oto otwierają się wrota
Wbiegają Grecy i kastrują Parysa...
Potem zaczynają mnie gwałcić.

ODYSEUSZ I PENELOPA

ODYSEUSZ

Zaiste wszystko sprzysięgło się,
Aby doprowadzić mnie do Itaki.

Kobiety zdradzają,
Przyjaciele kłamią
A wiatry wieją w przeklętą stronę.

Chciałem wreszcie odpocząć
Od nadopiekuńczej żony
I przygłupawych poddanych.

Chciałem tyle nagrzeszyć,
Aby pozostać w wiecznej pamięci i podziwie
U zbrodniarzy.

Niestety nie udało się:
Ludzie roznoszą wieści o mojej odwadze,
Która była tylko wielkim strachem.

Teraz stoję na dziedzińcu zamku
Z parchatym psem łaszącym się do moich nóg.
Widzę gachów biegających za moją podstarzałą żoną
Ubraną tylko w półspruty całun.

Zasłaniam oczy,
Aby marzyć o bezkresie morza.

Jestem śmiertelnie zmęczony.


PENELOPA

On w swoich ucieczkach i powrotach
Wynalazł dla mnie specjalną torturę.

Gdybym choć raz była pewna jego śmierci...

Z radością przyoblekłabym się w żałobę
I świętowała uwolnienie.

Nigdy nie byłam dość stara,
Aby nie odnaleźć kochanków zaślepionych moim złotem.
Prowadziłam nawet z nimi miłosną grę
W robienie koszuli na noc poślubną.
Prawdziwie tęsknili za młodością,
Kiedy ginęli z ręki mego męża.

Odys wrócił
I znowu mruczy coś o swoim pechu i morzu.

Nie przyszedł do mojej łożnicy,
Lecz ogląda się za młodzieńcami.
Opowiada im o męskim duchu.

Jest dziwakiem i żałuję,
Że byłam mu wierna.
SOKRATES I KSANTYPA

SOKRATES
Kim jestem? - w pytaniu żyję,
Które umknęło wśród stwierdzeń przeżytych.

Jakże zajęły mnie wojny;
Przypadki strachu zwanego męstwem,
Gwałty z poczuciem wyższości rasy
I ucieczki w gaje rozpusty.

Jak dobrze było mieć władzę;
Opłacać niezawisłe wyroki,
Dowodzić istnienia głosu Boga
W głosie ludu.

Jakaż piękna mogła być przyszłość;
Z młodzikami porażonymi rują,
Którzy zaplatali się we mnie
I słuchali z dziewiczą naiwnością.

Jak szybko przyszedł czas końca;
Może to i dobrze, że nie zobaczą mojej starości
Kiedy rozgryzam słowa do żony
I boję się snów.

Kim jestem?- teraz i jedynie
Kiedy nie wiem - czy byłem?


KSANTYPA
Od początku czułam, że mam męża obłudnika,
Ale że był plotkarzem dotąd nie mogę uwierzyć.

Wywodzi swoim uczniom definicje o kobiecie
Fałszywej zbożności i sekutnicy miłości,
Podczas gdy sam chodzi w łuszczącej się od starości
Masce szlachetnego i wiernego męża.

Umie to robić, szkoła sofistów daje wiele możliwości.

On już nie pamięta młodości w łożu,
Kiedy opowiadałam o naszej prajedni.

Spijał wtedy słowa z mych ust,
Poszukiwał mojego zapachu, gdy mówiłam o rozdarciu,
W spazmach odnajdywał swą połowę we mnie
I krótką rozkosz zjednoczenia.

Byliśmy wtedy tak blisko wyjścia z jaskini...

Teraz moją historię ogłasza na agorze,
Zapisuje ją jakiś barczysty chłopak chory na wszawicę.

Zewsząd obstąpili go ci... lubownicy,
Nabrzmiali żądzą i histerią,
Którzy nawet nie potrafią go obronić
Przed kielichem goryczy końca.

A o mnie pamiętają tylko mizogyni.
OWIDIUSZ I EUNICE

OWIDIUSZ

Skazany, z bierzmem wyroku wyjechałem.

Miasto żegnało się czule
Długo wypalając na mej skórze
Znaki cechowe swych pięści i języka.

Wziąłem ze sobą kobietę i starość,
Aby dokładnie określiły granicę:
Moich skoków atlety z pustymi workami mięśni,
Mego sięgania po uwiąd pomników,
Mojej skorupy co życiem nazywałem,
Które w wiecznym ruchu młode być miało.

I znalazłem siebie obok nawału ludzi
Zdrewniałych w lasy wisielców.
Odkryłem swego trupa wśród bohaterów,
Których skóry królicze nawet psy nie ruszały.
Dostrzegłem swą ostatnią przemianę
Z wyklętego poety w wiejskiego dziada.

Żałosne miałem nadzieje...
Zmarnowałem życie kobiecie...
Z pewnością umrę cały.

Tak mówi Owidiusz skazany.


EUNICE

Już jutro odjeżdzamy na jedyną Cyterę naszego życia -
Wygnanie.
Jakie to niezwykle żywe utracić sprzęty, przyjaciół i życie -
Na zawsze.
Słyszałam od niewolnika, że umrzeć to znaczy urodzić się -
Prawdziwie.
Lecz Owidiusz mówi podobnie tylko innymi słowami -
Do śmierci.
Ona już od dłuższej chwili krąży między naszymi nadgarstkami -
W krynicy.

Mówimy coraz bardziej życzliwie i spokojnie -
O sprawiedliwości.
Myślę, że najsprawiedliwsza jest śmierć, ponieważ nikogo -
Nie opuści.
On twierdzi, że sprawiedliwsze są urodziny, ponieważ każdy się rodzi -
Nagi.
Uśmiechamy się lekko, to zabawne rozprawiać w takiej chwili -
Tak powierzchownie.
Szkoda, że zaczęliśmy to robić tak późno, mogłoby być -
Tak lekko.

Owidiusz daje mi do przeczytania swój ostatni wiersz -
Żart.
Zamykamy oczy z poczuciem odszukanego skarbu, to wszystko jest...
Śmiesznosmutne.



III




Żądzy co mi w serce wchodzi
Wydrzeć nie zdoła ząb ani paznokieć
W ciele chcę wejść, nie w duszy.
(...)
Chcę być, jak w silnej dłoni słaba rózga.

Arnaud Daniel









TRISTAN I IZOLDA

TRISTAN
Wszystkie przestawiane granice
I walki bez kresu, bez miary
Oddałem za złoty łańcuch przyjaciela królów.

Płonące chorągwie barbarzyńców,
Ich hańbę i blask mego miecza
Widzę w szpalerach mego własnego pogrzebu.

Powietrze drga od spazmów kobiet,
Które zawodzeniem wypłakują prawo do bycia wdową,
Której za chwilę pęknie serce.

Leżę więc na katafalku,
W krwistych godach z czerwiem granitu.
Badam głębię pochodu mrówek w krypcie
I mrowienie żałości wspomnień.

Wybity z zasnucia muszę przyznać,
Że nigdy nie lubiłem u kobiet
Złotych włosów i białych dłoni.

Bardziej ciekawiło mnie
Jak bardzo nie rozumiały
Znaczenia moich gestów.


IZOLDA
W południowych wiatrach,
Zaśpiewach trubadurów
Historię swoją z trudem poznaję.

Moje ciało
Zawiodło mnie w krainy piekielne,
Pośród korzenie mięśni,
Parowy żył i trzęsawiska skóry.

Zachwycała mnie krew tłocząca się,
Urzekały spazmy
I bezradność umysłu.

Chciałabym się zniszczyć;
Zeszpecić twarz
I rozszarpać podbrzusze,
Lecz to niezbożne.

Dlatego muszę patrzeć
Na czerniejącą bladość ust
I coraz głębsze redliny czoła.

Nie jestem już źródłem, z którego by się ktoś chciał napić;
Noszę chustę na głowie, aby zakryć wspomnienie po złotych włosach,
Na rękach mam jedwab, oszusta skrywającego martwicę.

Odczuwam coraz słabiej,
Podczas gdy trubadurzy
Śpiewają coraz głośniej i głośniej.
ABELARD I HELOIZA
ABELARD
Wiem,
Że istnieje tylko to,
Czego nie dokonałem.
Moim przekleństwem była chwila,
Kiedy mi uwierzono.

Od tego czasu śnią mi się obnażone noże
I orzechy,
Których wnętrze toczy robactwo.
Nie mogę zaprzestać pisania listów
Do Boga,
Ponieważ obnażyłem kiedyś swoje ciało
I sprzedałem swą duszę handlarzom relikwi.

Kobietę pokochałem dla jej czystości,
Ona dla mej wymowy się skalała.
Teraz wybudowali nam katedrę,
Wokół toczą turnieje miłosnych pieśni
I uwodzą
Samych siebie.

Powój z naszych grobów
usycha w niespełnieniu.

HELOIZA

Nad kartami opowieści Celtów
Spotkały się nasze oczy
I utonęły nam ciała
W wirze przeznaczenia.

Kiedy moje łono zajaśniało krainą obfitości,
Nie byłam godna tego nawiedzenia.
Przez całe dalsze życie
W dręczących dysputach z archaniołem Gabrielem
Pytałam o miłość występną.

Rodziłam wiele razy:
Strach,
Wstyd
I ziemski owoc rozkoszy;
Podrzucany potem pod obce drzwi,
By dojrzał w czystości.

We własnym klasztorze wyłożyłam ściany kartami
Listów,
Na które nigdy nie odpiszę.
Złorzeczę jutrzni,
Gdyż przerywa nocne umartwianie;
Wtedy żałuję najbardziej,
Iż moja własna skóra
Wciąż nie chce zmienić się
We włosienicę.

A wszystko z powodu chwili wiary
W jego ręce
Na moich piersiach.

ROLAND I ODA
ROLAND
A więc dopadli mnie
I rozszarpią na pastwę psom i ptactwu.

Jak dobrze wiedzieć, że to już koniec,
Więc nie pozostaje nic innego jak połamać miecz
I czekać na odpływ
Słodkiego morza krwi.

Tymczasem zawsze chciałem zostać rolnikiem.
Chciałem wtopić się w cuda kalendarza
I w kobietę o zapachu chleba
I pigwy.

Patrzyłbym na rozkwitanie jej stanu
Świt jej podwójnego krzyku
I jaśniejącą łunę jej twarzy
I byłbym jej odbiciem.

Razem składalibyśmy swój pot
I cierpienie w glebie,
Która przyjmie wszystko,
Także i nas.

Teraz jednak słyszę, że już nadchodzą.
Czuję ich mięsny oddech.

Jeszcze tylko muszę wybrać wzgórze
I ułożyć się na zachód.
Tak dobrze jest umierać ze słońcem
Na twarzy.

ODA
On był tchórzem
I uciekł stąd, by ratować obcy honor.

Byłam na ceremonii,
Gdy złamany strachem
Wkładał swe dłonie w uścisk króla.

Ze swojej strony dałam mu znak
I widziałam jak nie śmiał mi spojrzeć w oczy,
A przecież domyślał się, że idzie na śmierć.

Mógł mnie stąd zabrać
Ku schronieniu w dzikich ostępach,
Uciekłabym nawet w przebraniu chłopki.

Rodziłabym mu dzieci
A on podbijałby dzikich...

Serce mi gorze kiedy marzę:
Stalowe pale graniczne,
Broń ze srebra, złoto w skrzyniach.

A jednak wolał zginąć,
Wystawiając mnie na drwiny
I zaloty jego wrogów.
Chyba przyjmę ich wszystkich.
DANTE I BEATRYCZE

DANTE

Nigdy nie myślałem, że oczy mogą tak urzec.

Jak dotąd zatopiony w księgach
Nie dostrzegałem obecności kobiet.

O płci rozprawiałem z mężczyznami.
Pisałem rozprawy o mężów przyjaźni prawdziwej
I układałem ody o pięknie męskich dłoni.

Aż kiedyś ujrzałem niewiastę
I uczułem w sobie żądzę.
Chciałem się ukarać i okaleczyć,
Lecz ona tego zakazała.

Jednakże nie pozwalała się dotykać,
Mówiła o mistycznym małżeństwie
I straszyła bezdennym piekłem.

W jej źrenicach odbijał się wszechświat
Póki go nie zakryła, zawierając oczy.

Wciaż ją wspominam, gdyż... kojarzy mi się z matką.


BEATRYCZE

Pociły mu się dłonie i bełkotał.

On od początku był dziwny.
Straszliwie do wszystkiego się rozpalał.

Szukał ciepła mego ciała.

Jego objęcia nie były przyjemne,
Robiłam to z litości nad nim,
Lecz nigdy nie przekraczałam granic.

Był nad wyraz wątły.

Miał długie i delikatne palce,
Chude chłopięce barki,
Na bladych piersiach widniały pojedyncze włosy
I krosty sutek.

Wpatrywał się we mnie z zachwytem.

Prawił o niepojętej otchłani
Z której podobno go wyciągnęłam,
Rozwiewając obsesje koszmarów.

Wahał się i szukał przewodnika.

Czułam się przy nim jak mistyczna kochanka
I jakbym była jego matką.



PETRARKA I LAURA

PETRARKA

Znowu jutrznia budzi mnie do umierania.
Sen był tak bezpieczny
I wolny od erotycznych fantazji.

Już od rana widzę jej napuchniętą od rozkoszy twarz.
W południe obnaża się przed sukniami.
Podczas siesty oblewa się sokiem z winogron.
Wieczorem grzeszy obecnością w kościele.

Ona szczerze nienawidzi czasu.

W jej włosach diabeł ukrył blask piekła.
W jej oczach topiel znalazła odbicie.
W jej policzkach spala się żądza jakiej podlega.
W jej zębach iskrzy się występna zachęta.

Wiem o tym, gdyż dużo czytam ksiąg ascetyków.
Jestem tylko kanonikiem,
Lecz znam sztuczki Szatana.

Obecność Laury jest przedsmakiem tego,
Co czeka mnie po śmierci.



LAURA DICIT:

Ten starzec spod chóru drażni mnie.
Jest wiecznie załzawiony i coś mamrocze w otępieniu.

Wyciąga swą pomarszczoną rękę z tacą
I patrzy na mnie wyczekująco.

Uśmiecham się skromnie i oddaję
Perły, kryształy i rubiny.
On zaś szepcze coś o smoku,
Który posiądzie występną dziewicę.

Podobno jest wybitnym poetą,
Co utracił łaskę wiary.
Miewa wizje,
Po których nie jada tygodniami..

Kiedyś widziałam jak zasnął w ławie.
Miał szczęśliwą twarz i rozluźnione mięśnie.

Potem otworzył oczy i spojrzawszy na mnie,
Skurczył się jak w piekielnym bólu.







DON KICHOT I DULCYNEA

DON KICHOT
Pani zawsze pragnąłem,
Abyś była moim przyjacielem.

Tylko przyjaźń ocaliłaby w nas intymność.
Mielibyśmy uczone kruki,
Które unosiłyby w błękit złote glejty
Rozjaśnień i zaciemnień.

Pani tak cudownie się śmiejesz
Kiedy pochylam się do stóp twoich.

Owa radość wyzwala mnie od ciemności,
Czającej się w moich oczach.
Pochlebiasz mi, chciałbym dokonać szlachetnych czynów,
Które rozświetliłyby twoje lico.

Pani bądź moim panem.

Rozporządzaj moją głową,
Wytocz ze mnie ulewę krwi,
Aby ożywiła haliznę mego życia.

Gdyby nie było to bluźnierstwem,
Rozrywałbym swoje żyły i umierał,
Aby odczuć twoją rękę
Myjącą nagie ciało trupa.



DULCYNEA

Dawno nie widziałam tak cherlawego i słabego mężczyzny.
Tylko dlatego, że jestem kobietą,
Wyobraził sobie, że spełnię jego wyobrażenia.

Mam więc chwycić za lutnię,
Udrapować szaty
I omdlewać na jego widok.

On nie ma dużej wyobraźni w rozmowach ze mną.
Zanudza mnie opowieściami
O stalowych ludziach i papierowych dziewicach.

Zamiast miętoszenia moich sukien
Wolałabym, aby dotknął mojego brzucha.
Jestem pewna, że nie spłodziłby ze mną dziecka.

On jest wobec mojej płci bezradny,
Niekiedy nawet tkliwy,
Lecz nigdy zdobywczy.

Wyśmiewam jego eunuchowe zaloty,
Kościste ciało
I zwidy wielkości.
ROMEO I JULIA

ROMEO

Posłuchaj ciszy...

Wokół trupy,
Których nie spowiła noc i ziemia.

Przysięgi miłości sprawiły
Żniwo już skończone, którego chleb gorzkawy
Spożywać przyszło w bólu.

Miłość to nieznana a zazdrosna
Kazała utopić sztylety w ustach wrogów,
By nie bluźnili przeciw prawu,
Co ludziom nakazuje tworzyć stadło.

Odór śmierci nade mną,
Lecz jak słodka nagroda czeka
W aksamitach i jedwabiu twych sukien,
Co szepczą miłe mi zaloty
Na wietrze rozdzierającym chmury.

Zobacz, wieńczy mnie zwycięstwo:
Słowik w zbrojnej ręce i ucięte ramiona
Niedowiarków, co braćmi niegodnymi ciebie byli;
Chciałaś, abym był łagodnego serca;
Opowiedziałem więc naszą historię rybałtom,
Którzy przekazali ją tłumowi... i oto jestem pod balkonem.


JULIA

A więc znowu przyszedłeś pod balkon,
Choć zakazałam ci tego przy pożegnaniu;
Zabiłeś wtedy pierwszego mojego brata
A ja czułam się winna,
Gdyż rozkwitałam w tobie,
Obumierając w rodzinie.

Jak zawsze, zakradłeś się tu nocą,
Kiedy ziemia wydaje światu swe tajemnice
W zapachu wiatru i głosie słowika;
Patrz, w górze nad tobą zawisła sucha ręka,
Lecz nie śmierć nią kieruje, a wola twej kochanki.

Czy teraz dalej mnie kochasz?
Zrośniętą z laską, zgiętą jak półłęk bólu
Z obnażonymi zębami, lecz nie do ciebie
A do piastunki moich żalów na los.

Ona zamieszkała już w moich komnatach,
Gładzi aż do bieli moje włosy
I rozjaśnia skórę do błękitu żył.

Dziś uplotła węzły na moich dłoniach
I otoczyła słodką niemocą, którą czuję w łonie.

Szkoda, że mnie teraz nie rozpoznałeś.
HAMLET I OFELIA

HAMLET

Pozwól, że położę się na twoim łonie
Pani...
Tak mówiłem kiedy zostaliśmy sami
Bez ojca.
Stałaś drżąca, we łkaniu i wstydzie
Naga
Zasłoniłaś ramionami piersi i twarz
Przed ogniem
Co trawił nasze wątpia bezkresnie
Mocno
Złożyłem głowę na gładzi twego brzucha
Czekałem.

Później otworzyłaś się po raz ostatni
W dziewictwie
I przygarnęłaś noc wybuchłą ku tobie
Ze mnie
Miałaś zamknięte oczy, półotwarte usta
Nieznane
Gryzłem twoje wargi, szyję i sutki
Krwiste
Szeptałem skargi, żądania i klątwy
Rozpaczy
Mimo naszej jedni, mówiłaś tylko gdzie cię
Nie ma.

Więc szukałem nadaremnie
Znikłaś
Byłaś coraz dalej, w drodze na spotkanie
Topieli.

OFELIA

Jak dostojna jest woda...
Dobry los postawił ją przede mną,
Abym legła w nią jak w łono.

Jak prosta jest woda w przyjmowaniu razów...
Zamulona, powstrzymywana groblami,
Bez nienawiści i radości przebiega w siebie;
I we mnie, co unoszę się w kipieli
Z włosami o wodorostowych spinkach
W dziewiczej koszuli niczym tratwie.

Jak przemyślna jest woda w drodze do celu...
Na brzegu widzę spore zamieszanie,
Próbują mnie schwycić w sieci,
Ja zaś próbuję głębiny i resztek powietrza,
Które wyniosłam z pocałunków Hamleta;
Były słodkie, lecz kłamliwe,
Tak bardzo bał się uczynić mnie kobietą,
Że kiedy już było po wszystkim,
Kazał mi iść do klasztoru jak dziewce z gminu.

Jak pełna jest woda w przelewaniu pełnego w pełne...

CASANOVA I CECYLIA

CASANOVA
Jesteś kolejną kobietą,
Przed którą staję nagi.

Znowu całuję wnętrza twoich dłoni
I znowu zanurzam się
W zapachu ud.

Choć tylekroć dotykałem kobiet,
W tobie na nowo odkrywam
Szansę zatrzymania czasu.

W dłoń unoszę twoją pierś,
Źródło w niej bije,
Jak z gwiazdy otoczonej nimbem poświaty.
Zaś na środku twego brzucha drży
Słońce tajemnego królestwa,
Pełne nieodgadnienia i spokojnego oddechu.
Fala światła osuwa się później
W dolinę opalizującej róży,
W której znajduję siebie.

Co sprawia, że wchodzę w ciebie?
Dlaczego czuję ból, rozkosz
I nowy ból obcości?

<W sercu światła jest ciemność>
- Odpowiadasz
I przesuwasz rękę na moje oczy.



CECYLIA
Jesteś stary,
Tak bardzo stary i słaby
I masz zniekształcone drżeniem ręce.

Na powierzchni twojej skóry los postawił już stempel,
Paznokcie zrogowaciały, choć starasz się to ukryć.

Twoje ciało stało się
Kruche,
Jak zasuszone włókna światła,
Lekkie,
Jak zapach heblowanych desek.

Kiedy pochylam się nad tobą,
Myjąc cię,
Obejmujesz moje piersi.

Nie rób tego, gdyż tym cięższe będzie twoje rozstanie
Z pierwszą kochanką twego życia, którą opuściłeś dla nowej.

Twoja pierwsza kobieta
Pocałuje ci oczy
I położy zimne dłonie
Na twoich spragnionych lędźwiach.
To, co cię przeniknie, nie będzie jednak dreszczem rozkoszy.

DON JUAN I AURORA

DON JUAN

Zmęczenie,
Zmęczenie i bezsilność
To koszmar, w którym zanurzony zostałem.

Pęka mi podbrzusze i czaszka od widoku kobiet.
Mam dość uścisków, zaklinań i spazmów.

Jestem ślepy i wyjałowiony
A one prowadzą mnie do swego ciała,
W którym składam swoją niemoc.

Gdybym nie był tak pobudliwy
Lub choć potrafił udać orgazm,
Może dałyby mi spokój.

Niestety one chcą doświadczyć pochodni ciepła
Od mojego karku do ich stóp.

Marzę o krainie,
W której żyłbym w nieporuszeniu,
W której płeć stałaby się zbędna.

Tam byłbym wolny,
Wolny i cichy,
Żaden.

AURORA

<Był brudny i brutalny, kiedy wyciągał swe tłuste łapy do kobiet> -
Wołały podstarzałe matrony do swych wypiżmowanych córek.
Słyszałam to, gdyż byłam wśród nich.

Ale to mit.
Don Juan był bezwolny
I służył im wyłącznie jako samiec.

A wszystko się wzięło z powodu jego priapizmu.
One nie mogły oderwać od tego wzroku.
Odurzone, w histerii, stały i jęczały.

On wybiegał na błonia i pola,
One na koniach urządzały polowanie
I zaszczuwały go wściekłymi sukami.

On zamykał się w piwnicach,
One zaś zalewały go wodą
I wyłaziły ze szczelin w murze.

Kiedyś uciekł do cyrulika, chcąc się pozbawić męskości.
One pozwoliły na ucięcie..., lecz języka,
Ponieważ miały dość krążących o nich plotek.

Patrząc na literaturę...
Zdaje się, że się im udało.