DANIEL KALINOWSKI , GRAMOTY

SŁUPSK 1995




Spis treści:

GRAMOTY KARŁÓW:

Ekolog, Filolog
Chórzyści, Globtroter
Tłum, Bójka
Pieniądze, Capstrzyk
Dziewczę, Aczkolwiek
Stolarz, Niewidomy
Sobór, Zawody
Obiad, Głowa
Oko, On

GRAMOTY OLBRZYMÓW:

Wina, Kot
Poczekalnia, Prorok Daniel
Geopolityka, Lekcja
Laboratorium, Szkoła
Drzewko szczęścia, Biblioteka
Koneser, Egzegeta
Kuźnia, Wizjoner
Barman, Pustelnik
Skrzypce, Nos
Odbicie, Happy end

GRAMOTY STARCÓW:

Konkurs, Inkantacja
Misjonarze, Ona
Żebracy, Wiejscy wędrowcy
Złoty wiek, Nektar
Sacrum, Wygnańcy
Młodość, Wielkość
Strażnicy, Uśmiech
Biedota, Symbioza
Muzy, Skrzydło
Karzeł, Aojda








Gramoty karłów




EKOLOG

Odziany w sztuczne futro,
korkowe obuwie
i lniane włosy ekozof wycedził:

"Mi-sie-wy-da-je".




FILOLOG

Piotr Compositus,
chirurg urazowy,
miał wielką pasję.

Między ciągłymi operacjami
badał język.

Jego doświadczenia medyczne
sprawiły, że ogłosił:

„Składnia nie istnieje.




CHÓRZYŚCI

Pięknolicy młodzieniaszkowie
z chóru bez wezwania
śpiewali o straconym dzieciństwie
i o chłopcach z tamtych lat.

W przerwach na papierosa syczeli:

„Precz z kobietami!
Mamy zdrowe ręce!



GLOBTROTER

Wyciągał z francuskiej torby
włoski album ze zdjęciami
i nałożywszy na niemieckie oczy
szwajcarskie okulary,
zabawną angielszczyzną
z rosyjskim akcentem
i polskimi naleciałościami,
opowiadał o swym hiszpańskim temperamencie:

„Tajki zrobią wszystko,
Brazylijki są mokre
Nigeryjki gryzą i krzyczą.

Lubię tę naszą wioskę.



TŁUM

Tłum na ulicach taranował mównice.

Z samolotów zrzucano bomby
ulotek o nowym,
które nadchodzi.

Na barykadach ustawiły się kolejki
po masę sojuszu
i pracującą.

Puszczano więźniów,
krew
i wiatry.

A wszystko pod wspólnym mianownikiem:
„Pasta do butów!
Kobiety do domów!



BÓJKA

Upadłe klasy wyrykiwały sakralne śpiewy.

Transparenty zamaskowały i obandażowały
kastety i pałki.

Gazy bojowe rozwiązały języki
i jedna pieśń snuła się
ku niebu nabrzmiałemu potopem:

„Punk, punk, punkam do raju bram - wołali
ateistyczni łysi.
„Hip, hip, hura! - odpowiadali
jezuskowie kadzący trawę.




PIENIĄDZE

Tłusty człowiek sięgnął po portfel.

Kupował gwałty na naturze.

Usta i zęby kasjerki,
boczek sąsiadki,
ogon świntuszącego za szybą
opakował w papier firmowy słynnej jatki.

Odsapnął,
obtarł siedmiofałdzisty podbródek.

Tłumaczył się z rozrzutności
i z faktu, że pieniądze trzeba przejadać.



CAPSTRZYK

Niedzielny tłum zdominowało wojsko.

Frontowa, dziewicza młódź
stała obok zasuszonych weteranów.

Pławiono się w strzelistych pobudkach
i głębinowych apelach.

Aż w końcu stało się:
„ DO BRONIIIII...

Po wystrzałach połączonych sił
męskich
napięcie opadło.

Rekrutki z oddziałów kobiecych
dzielnie poczęły.



DZIEWCZĘ

Smukła jak oliwka
i jak wiotka dzięcielina pała.

Miała lat jak apostołów na niebie
i czysta była.

Tylko niekiedy,
w ukryciu,
czytała zakazane pisma
i nocami ślęczała nad swym pierwszym
kobiecym zdaniem:

„Byłam u pierwszej komunii
oczekuję na propozycje.




ACZKOLWIEK

Najciekawsze opowiadania
inspirowane czerwonym światłem na rozjazdach,
podawane przez nieogolone uśmiechy,
ziewanie i brudne paznokcie,
wśród mgieł papierosowych
i błysków flaszy,
to dowodzenia o przeciwstawności
Wschodu i Zachodu:

„Aczkolwiek
panie dziejku
wszędzie się plugawią...

„Kurewski świat... panie.

STOLARZ

Okna z kołatkami,
szafy z mniszką,
nawet stoliki z drukarzami,
nie dawały powodzenia ubogiemu stolarzowi.

Nikt nie doceniał jego marzeń i dokonań.

Aż ogłosił, że zaklina złote bramy
i drzwi dwuskrzydlate horyzontalnymi wizjami
i płaszczyznami bynajmniej nieeuklidesowymi.

Od tego czasu zwano go:
Zaklinaczem! Stolarzem cudotwórcą!



NIEWIDOMY

Niewidomemu wiatr strącił z głowy kapelusz.

Unosił go w napowietrznej sferze,
aż w końcu rzucił w kałużę ścieku.

Spod ronda kapelusza wyskakiwały cętkowane złote ryby

Gapie zaczęli je łowić,
zapewniając,
że niczego nie uronią.

Niewidomy zaś zebrał myśli
i uczyniwszy parasol ze swej laski ślepca
zaczął brodzić w rzece tych,
którzy uwierzyli,
że bez posiania zbiorą.



SOBÓR

W prowincjonalnym miasteczku ogłoszono sobór.

Stanęły przed sobą pejsy, brody i ogolone twarze.

Mówiono o Bogu i świecie.

Zaczęto od głębin kategorii,
skończono na szczytach histerii.

W końcu najszacowniejszy z ojców miasteczka wyrzekł:
„Ten dualizm nie godzi się.

Na co najpospolitszy z głupków miejskich odparł:
„A kto mu każe się żenić?

Wtedy znad papieru podniósł głowę skryba i wyszeptał:
„Nie godzi się tego pisać...






ZAWODY

Gdyby nie mróz biegaliby nago a grali dziś w golenie.

Widzowie zagrzewali do walki na murawie,
przy trzaskach kości wyrywali sobie
i innym włosy z głowy.

Mimo sterty kości wciąż był remis.

Sędziowie żartowali do dwóch ostatnich graczy, że ktoś tu wygra zaledwie o głowę.

Nagle jeden z zawodników sfaulował,
zamiast wybić golenie,
schwycił przeciwnika za głowę
i wyciągnąwszy brzytwę,
zdjął mu skalp.

Kibice wyli z rozkoszy:
„Gol go! Gol!





OBIAD

Różnorakie usta zachwycały się zupą.

Ona kolebała się w kryształowej zastawie
ale i w słoiku.

Wysysacz barowych talerzy zaufał higienie,
dlatego ślini palce przed jedzeniem.

Swą nagą duszę
topi w nagiej prawdzie resztek
oczyszczonych z resztek.

On mówi:
„Jeść po ludzku...
To bardzo klymatyczne i kulturylne.










GŁOWA

W muzeum stała głowa kariatydy,
którą podziwiała ją miejscowa hermeneutka.

Zawiadomiła prasę o odkryciach.

Już za chwilę doniesiono:
„Jedność w Części!
Harmonia na głowie!
Boskie kształty kobiet...
w ogóle!

Hermeneutka postanowiła odkryć całą prawdę,
które jak wiadomo jest naga.

Dlatego też paradowała z chórem kozłów naga.






OKO

On miał oko.

Gubił protezy, ale powieka mu nie drgnęła.

Wykuwał iskry spod rzęs.
i hartował je stalową źrenicą.

Ludzie wylewali gorzkie łzy,
że nie spojrzał na nich
łaskawym okiem.

Dla niego jednak nie było to solą w oku,
gdyż wiedział o braku światła w ich oczach.

Ten wielki stuoczny ślepiec.








ON

Na łunach gwiazd się gnieździł.

Pękały drzewa i domy.

Jego włos rozjaśniał słońce.

Wzrokiem mroził i rozpalał.

Obłupiał ze zła płomienie piekła.

Był posłańcem.

Łamał i łkał.

Nie na darmo
zwali go:
„Chujec!







Gramoty olbrzymów







WINA

Wśród wiosennych roztopów wędrowali.

Lekko stąpał zgarbiony starzec,
człapał zaś młodzieniec - uczeń starca.

Chłopak zatrzymywał się i pytał o cel drogi płaczliwym głosem...
lecz jak dotąd żadna odpowiedź nie padła.

Doszli w końcu nad brzeg wielkiego trzęsawiska.

Stary chciał iść dalej,
uczeń jednak złapał go za szaty i mówił:
„Mistrzu! Czuję się tak bardzo winny.

Mędrzec spojrzał na chłopca i odparł:
„To dziwne. Nie czuję od ciebie alkoholu.










KOT

Unosi głowę i ziewa.
Łowny kot.

Patrzy wielkimi oczami i łowi pieśń,
która skrobie w czystej kartce papieru.

Taki jest los niedosłyszanych słów i niezauważonego światła,
które giną w kłach kota
przed nieuważnym piszącym.











POCZEKALNIA

Siedzieli w poczekalni.
Wszyscy nerwowo stukali nogą.

Drzwi wciąż były zamknięte.

Ich dłonie rozsupływały metryczne złożenia,
morfologiczne węzły
i inkantacje do niewidocznego bóstwa.

Ogrzewali się przy koszach na węgiel,
w których palili swe pośmiertne utwory
i złorzeczyli ciszy za drzwiami.

Panowie sztuki
na niwach wieczności.










PROROK DANIEL

Dziś wyszedł z jaskini.

Ubrał smoking i wyszczerzył kły.

Jego ryk zapowiada barbarzyńskie cywilizacje.

Z majestatyczną grzywą spoczywa w modlitwie do boskiej podgardlanki.

Oddaje mocz na rozszarpane gardła swoich ofiar.

Zapowiada głodomorom ducha
objawienie
jawiące się w jawie
trawiącego brzucha.






GEOPOLITYKA

W kraju gdzie brak żyletek żyją brodate kobiety.

Tam starcy ujeżdżają zebry, walcząc o przedmurze cywilizacji.

Choć panuje klimat umiarkowany,
ludzie mają w oczach wieczną zmarzlinę.

Co tydzień ogłasza się przetargi na nieograniczone chęci,
przewody narodu.

Ugodzono zgodnie gody nudy i buty.






LEKCJA

Wywód ust
które wspomagane językiem
wyokrąglają i szatkują wydech,
zaczął pachnieć makiem.

Puer et puella czują już ciężar wszechświata
w odleżynach
osadzonych w miejscu,
gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Ich okulary zmieniają kolor,
wypuszczają macki
i przenoszą się z oczu
na umysł.

Od tej chwili widać akwaria z pękającymi wizjami,
terraria z gryzącymi myślami
i arboreta przyciętych wici marzeń.

A miała być Hiperborea.









LABORATORIUM

W laboratorium przeprowadzano pokazową lobotomię.

Główny lekarz wycinał tkanki
i rzucał ją w żrącą ciecz,
obserwując reakcję.

Doświadczenie go nie zadowalało,
maniakalnie je powtarzał,
tracąc mowę i koordynację ruchów.

Widzowie operacji nie mogli ukryć zachwytu nad szpitalnym demiurgiem.

Zwłaszcza,
że wyamputował połowę własnego mózgu.










SZKOŁA

Za barykadami rutyny kryje się zbawienie.

Cytaty królują w rękach posągów,
w ustach popiersi.

Aktorzy logosu zjadają listki laurowe,
ksztuszą się oścmi chronosu,
lecz dalej zapatrują się na trupa Zofii.

Ona co kilka chwil zmartwychwstaje
i wyjmując zegarek z pozytywką sfer niebiańskich,
ogłasza schwytanie czasu.

W chwilę później umiera.








DRZEWKO SZCZĘŚCIA

Drzewko miało szczęście.

Stało w sali posiedzeń,
nasiąkło już w ustach popiersi.

Użyźniło się feniksowym popiołem
i papierosowym prochem.

Dawało ostoję błędnym oczom rozmówców,
ubarwiało twarze ziemistym odcieniem.

I stałoby się natchnieniem dla twórców,
lecz uschło porażone obietnicą wieczności w sztuce.

I miało szczęście,
gdyż zginęłoby w męczarniach dysput filologicznych.




BIBLIOTEKA

W południe
księgi powiewają liśćmi niezdrowych rumieńców.

Opary z rozwartych dzieł utleniają włosy czytającym,
wyjadają im brwi i zęby.

Opada kurz,
zakorzenia się w dłoniach.

Wierci w nosie,
w którym zatęchła
estetyka i katalog rzeczowy.

Druk rozłazi się w mrowiska,
nosi jaja znaczeń na swych garbach
do wodopoju ust.

Usta zawarły się stromizną kartki,
nozdrza utonęły w dolinie pyłu,
w uszach słychać podskórne westchnienia rzeki
pełnej brzuchatych drzew
dających życie
bibliotece.



KONESER

Na wystawnych obiadach pojawiał się wielki znawca,
nosiciel subtelnych smaków.

Jego podniebienie znosiło tylko wytrawność.

Powszechnie podziwiano urodę jego manier
i kolor ubrań.

Kobietom imponował znajomością ptasich godów,
które zwykł demonstrować podczas przyjęć.

Z powołania był wegetarianinem,
lecz życie smakosza sprawiło,
że dopuszczał spożycie drobiu.

Piał przy tym z zachwytu.










EGZEGETA

Podczas debat ekumenicznych głos zabrał starzec.

Siedział w wózku inwalidzkim,
czym wzbudzał zrozumiałą tkliwość.

Miał sępie spojrzenie,
orli nos,
kruka albinosa włosy,
szponowate dłonie,
które wpijał w poręcze wózka.

Ekstaza religijna zawiodła go niegdyś w powietrzne rejony.

Obciął więc sobie nogi,
by nie czuć ziemskiego przywiązania.





KUŹNIA

Dziecko w kuźni
śniło żelazny repertuar marzeń
swego ojca.

Było tak,
gdyż resztki dzięcięcych snów
padły ofiarą
stada pędzących imadeł.

A ojciec o stalowej twarzy
wytapiał ze swojego potu
giętkość metalu.

A w palenisku
gotowała się rewolucja
poruszonej do czerwoności rudy.

Ona szuka okazji,
by zadać cios
za ciągły ludzki głód odkryć.







WIZJONER

Zmywał zarzuty pogan jak brud z nóg.

Świadomy ziemskich cyrkulacji panował nad wodami
potopu ludu karczmy,
którego zwoływał do siebie.

Mówił głosem byka i barana
oraz olśniewał śliną.

Mieczem neofity
rozcinał ofiarne girlandy.

Był nieczuły na pory roku
i wystawiał swe kości demonom,
które już dawno,
jak twierdził,
obdarły go z odzieży.


BARMAN

Za ladą wykonywał śmiały piruet,
grzechocząc lodem w szklankach
i uśmiechając się nerwowym tikiem do gości.

Z butelek rozlewał balsam
dla wygładzenia twarzy klientów
oraz osuszenia potoków nędzy i rozpaczy.

Barman śpiewał o aniele,
który zstąpi w strumieniach piwa
i w blasku sukna z brokatu.

Anioł podejdzie do baru
i będzie zwiastował miękkość ud
dla wiekowych dziewczynek.










PUSTELNIK

Pustelnik doświadczał przemian w skorupie błota,
jakim się umazał.

Hodował trawę na głowie,
wypuszczał kwiaty z pleców
i owocował we wnętrzach dłoni.

Wszystko było święte.
zwłaszcza czaszka.

Doskonale pusta.

Każde życie może w niej zamieszkać,
zwłaszcza próchnica.







SKRZYPCE

Skrzypce bez strun.

Skrzypce wydarte handlarzom
za worek pszenicy.

Skrzypce w starczych rękach niesione
wydawały dźwięki jak chorągiew wotywna
gubiąca ornamenty.

Skrzypce szlifowane wiatrem
łowiły tchnienie muzyka,
który opowieść swą snuł w piwnicy speluny
przed upadłymi marzycielami.

Skrzypce z obnażonymi trzewiami
wiedzione absolutnym słuchem wykonawcy,
ustroiły się w muzykę sfer
i pękły pod spojrzeniem niedowiarków
nastawiających grającą szafę.






NOS

W antykwariacie nos wykwitł wykwintnie
na kwintę.

Flancował wśród półek błazeński cech.

Miał fantazyjny charakter:
rozsadzał oprawy ksiąg,
zapleśniał foliały,
drukował zacieki na białych kartach.

Mówił, że potrzebuje przestrzeni do życia,
że się dusi samotnością.

Gdy się nad nim pochylić,
opowie,
że jest się dla niego stworzonym.





ODBICIE

Wyskoczył z pieca pomazany popiołem.

Chciał ruszyć w popścig za cieniem,
aby go zadusić.

W lustrze jednak ujrzał dziwnie znajomą twarz.

Ponieważ już dawno postanowił nie mnożyć bytów,
dzięki czemu miał stałe miejsce w chórze kastratów,
chciał zniszczyć taflę.

Rzucał w nią swym ciałem,
kośćmi
i wydzielinami.

Na próżno.

Nawet nie zauważył jak został pochłonięty
i jak zmuszono go do powtarzania ruchów
każdego kto przed nim stanie.









HAPPY END

Skoro brak konieczności pisania,
musiał zaprzeczyć medytacjom kogitańskim.

Okrucieństwem wobec natury było kalanie jej kartkami papieru
pokrytego wysypką liter.

Wszystkie spowiedzi były tylko skomleniem o grom,
który nigdy nie nadszedł.

Dlatego też postanowił otworzyć sklep
z używaną bielizną.








Gramoty starców




KONKURS

Ustawili się w kolejce po sukces,
Wszyscy wyciągali intymne wyznania
I szkalowali papier pismem.

Po chwili z wyschniętym gardłem
I spoconymi dłońmi,
Mdlejąc od wysiłku przeniknięcia oczekiwań widzów,
Czytali przesłania.

Roznegliżowani wizjami własnego pępka,
Rozchełstani rzeczywistością ogólnoludzką,
Rozszarpywani siłami bogów natchnienia wpisują się
W „non omnis moriar.

I oto padł wyrok.

O zgrozo!!!

<Dlaczego nie ja???> - krzyczą i...
Gwałcą muzy, menadżerów i mistrzów.

Może choć tu okażą się prawdziwie płodni.








INKANTACJA

<Boże! Boże!
Jakież wielkie dzieło twoje!> -
Wołała kobieta pod świątynią.

Badała długość pończoch na udach,
Gdyż nie chciała obrażić bóstwa swoją nieskromnością.

Z torby podróżnej wybierała paciorkowce różańca
I butelki ze świętą oliwą do namaszczania jej tarczy wiary.

Wśród straganów z kwiatami dowodziła,
Iż róża jest jedynie duchowna
A lilia rozmnaża się przez dzieworództwo.

Na jej głos zleciały się zewsząd anioły w białych kitlach
I tylko czekały chwili,
By ją pochwycić żywcem.

<Gloria! Gloria!
Jakież wielkie pokoje dla ciebie!> -
Wołali mężczyźni przy białym samochodzie.





MISJONARZE


Nawiedzeni świętym gniewem,
Walczący ze złośliwymi demonami,
Bywalcy nieziemskich krain przystawali przy misach.

Parujące rosoły kojarzyli z dymami obiat,
Dlatego wypatrywali wśród nich bożego palca.

Gdy cud nie następował,
Wkładali swe brudne ręce do talerzy
I tłumaczyli jedzącym kwestię wyższości pokarmu duchowego nad ziemskim.

Przyjmowano ich z powagą i szybko znikano,
By nie burzyć nastroju epifanii,
Przez co misjonarze mogli obetrzeć święty pot
I siąść do rosołu.

Na powierzchni tej świętej wody
Pływały wielkie armady okrętów z nawróconymi duszyczkami w lukach.






ONA


Nie lubiła dziennego światła,
Dlatego wygrzewała ciało w blasku parkowych lamp.

Miała czarne paznokcie,
Obcy akcent i jaszczurzy język,
Którego używała
intensywnie
myśląc.

Drżała na wietrznej nocy,
Marząc o boskich rezerwistach,
Ożywiających jej krew.

Jej syreni śpiew i zapach
Przyciągał trytony o ludzkich twarzach.

Rybią wilgocią nasycało się powietrze
A narybek wypełniał rzeki.




ŻEBRACY


Wśród nocy rozbuchanych mężczyzn,
Żebracy porządkowali wszechświat w śmietnikach.

Wszędzie wokół nich parszywe psy
Zbliżały się do zaropiałych kotów
I poczynały czarne jagnięta o rybich oczach.

Puste butelki napełniały się złocistym moszczem
Z nigdy nie odkrytych winnic.

Kalekie przedmioty wspominały z żebrakami praświaty,
W których mieli ojczyznę.

Bezmiesięczna noc również mówiła...

Rykiem głodnych trzewi
I strzępem wiersza.





WIEJSCY WĘDROWCY


Wysiedli z ciżby,
Zdziwieni i nieufni,
Ciągnąc za sobą wonie wiejskich przestrzeni.

Mężczyźni odznaczeni wystającymi z kieszeni spodni grzebieniem
Spluwają na miejski porządek.

Kobiety spoczywają w przelewającym się macierzyństwie
I oślepiają bladymi udami.

Ich synowie w kanciastych strojach połykają płeć miasta,
Ich córki o plakatowych twarzach wyszukują byczkowatych samców.

I wszyscy zaciskają pięści,
Aby zrozumieć,
Lecz dalej zostają w zdziwieniu i nieufności.







ZŁOTY WIEK


O złotym wieku
Najczęściej się mówi przeliczając wyżebrane złote monety.

W galeriach pisuarów krążą starcy
I zapamiętale skrzeczą o dawnych erach, licząc na napiwek.

Wywlekane z gorących głów historie
Tłuką się na lśniących ścianach
I spływają do ścieku.

Klęska starców-opowiadaczy odbywa się w ciszy,
Gdy już nikt nie słucha.

Oczy upadłych bogaczy,
O złoto skomlących,
Świecą złotym wiekiem
I zapadają się w coraz dalszą przeszłość.

Ich usta szepczą: <Złoto, zło-to, zło... zło>.




NEKTAR


Ponieważ brakło dla nich suchego
I łuszczącego się wspomnieniami chleba,
Sięgają po nektar resztek sosów.

Zawistnie sztyletują ich oczy lampasowych garniturów,
Które dbają o subtelne kulinaria
I mają dość nieapetycznych widoków.

Lecz oni dalej -
Spróchniali, łapczywi,
Drążą korytarze w dnach talerzy w poszukiwaniu mleka i miodu.

Ich twarze występują z granic,
Przełyki rozwierają czeluście,
Żołądki tłoczą boskie napoje.

Wymarzony nektar zastępuje im własna ślina.





SACRUM


Jedyny grzesznik, który się prawdziwie modli,
Wznosi swe hymny ku zjawom za szybami.

Błaga o chłodną ziemię,
Zdolną przyjąć jego żar zgrzytania zębów.

Toczy ślinę codziennych doświadczeń umierania
I czuć od niego obcowaniem świętych-ziemskich.

Przez bełkot grzesznika przedziera się megafon
Dworcowej Misji Prawdy.

Głoszą, że zbawiony ten zostanie,
Któremu już nikt nic nie może odebrać z jego bogactwa jakim jest życie.

Lecz grzesznik, który prawdziwie się modli,
Myśli, że nie posiada nawet i tego.




WYGNAŃCY


Wygnańcy przykucają i zacierają dłonie,
Wdychając zapach potu, kiedy widzą cudzoziemską płeć kobiet.

Oni łakną nagości;
Wywąchują ją podnieconymi pyskami
I cierpliwie czekają.

Oczy zarastają im wizją łona,
Zęby rozrywają mrok fleszem.

Stadem rzucają się na dziewiczą bieliznę,
Kneblują krzyk,
Chłepczą spazm.

Wszyscy razem,
Młodzi i starzy,
Gwałcą swój strach przed obcością.

Potem jednak wracają na drogę kanałów ucieczek,
Do tej starej przyjaciółki wygnańców.


MŁODOŚĆ


W czarnych i stalowych kurtkach,
Wypolerowani posłannictwem rozrzucają groby i kości niewiernych.

Szykowni chłopcy śpiewają pieśni szturmowe o czystości krwi
I środku zdolnym uszczęśliwić świat.

Zdobywają wzniesienia dumy
Dłońmi uszlachetnionymi kastetami.

Roznoszą radosną nowinę w swych wydzielinach
I koronują ją wyrywanymi włosami ofiar.

Boska młodość kwitnie błyskiem lancy i zębów,
Owocuje ścinaniem niedobitek wstydliwych miejsc, wydaje nasiona martwych dusz.

Ta młodość mieszka w czynach,
W niecierpliwych posoki palcach.







WIELKOŚĆ


Wielkość jest tłusta.
Posiada głęboko zakorzeniony brzuch i świński podbródek.

Tym, którzy długo patrzą w oczy Wielkości
Ciało zaczyna omdlewać a duch kieruje się ku gwiazdom.

Jeżeli zaś dotknąć skóry Wielkości
Dłonie zapadają się w nieskończone ciasto sytości.

Czeredy proroków wołają:
< Święta, wzniosła podgardlanko!
Omphalos mundi!
Napełń myśli,
Napełń serca człowiecze,
By mogły śpiewać o Twojej chwale>.







STRAŻNICY


Obok obfitych kobiet
Spływają lśniące kaskady miodnych włosów
ich strażników.

Oni szeleszczą wyrafinowaną bielizną,
Na przemian damską i męską.

I spoglądają stuocznymi smagłymi twarzami,
Zwielokrotnymi odblaskami zazdrości,
Na miłe wgłębienia ust kobiet.

Strażnicy mrużą powieki
I zapraszają do degustacji.

Jeśli gryzienie, żucie i trawienie nie jest dość smakowite,
Dyskretnie proponują siebie
Jako deser.





UŚMIECH


Uśmiech jawi się bezzębnie,
Także w żółwim grymasie otępienia.

Uśmiech ma kolor ceglasty
I połyka kęsy słów w ekonomii wytrwałego rzężenia o pokarm.

Uśmiech jest bezradny,
Gdyż jeśli przyłożyć ucho do jego korpusu,
To słychać pod skorupą heblowanie trumny.

Uśmiech zasypia razem z falami tików
Rozszalałych na tafli twarzy,
Zasypia z przeżutymi w poszukiwaniu soków butami pod głową,
Z zawiniątkiem szczątków o przyszłość.

Wokół śpiącego uśmiechu rozciągnął się blask tęczy
Pękniętej skóry i kości.







BIEDOTA


Biedota jest namolna
I wszędzie wystawia swoje gnaty pragnień.

Jej kapelusze modlą się do księżyca monety
I zachłystują pustką.

Ordy bezdomnych celebrują przy cudzie przemiany ułamków w ucztę.

Wybierają spośród siebie ofiarnika;
Ten nakłada płaszcz
I unosi się nad potokami modlitw,
Rozkwitając w ekstazie wzniesionych ramion
Oraz grzebiąc w dolinach kieszeni tymczasowych wiernych.

Biedota zaklina wszystkich świętych o miejsce,
W którym nie brakło by ułamków.

Gdzie mogliby chwalić dzieło Pana.




SYMBIOZA


Na historycznych portretach najciekawsi są antogoniści.

Miłość wzajemna kwitnie w ich wyłupiastych białkach,
W winie gronowym ich piany na ustach
I w ujarzmianiu nasmarowanych smalcem ramion.

Ze swych mięśni wyplatają uścisk,
Który szuka ostrych argumentów.

Głodny przełyka wybujałe myśli sytego,
Syty wzdycha do higieny ducha głodnego.

Artysta pokojowo ustawia antagonistów
I przedstawia ich w gardłowych pozach,
W świetle miłego kambuzu,
Pośród wielkich piersi zgonionej kucharki.






Dedykowane A. Strindbergowi


MUZY

One są ogniste.

Lecz, aby oddalić pożądanie
Wystawiają swe złote sukna przeciw pożądaniu,
Swe brokatowe bluzki przeciw pożądaniu
I wykrochmaloną bieliznę przeciw pożądaniu.

One są wyedukowane.

Przeważnie pogłębione implantami na bezpłodność
I nieszowinistyczną psychologią kobiety.
Zostają lamparcicami natarczywego pożerania
I z drwiną patrzą na walizki przypuszczeń w brzuchach innych kobiet.

One są rozmarzone.

Budują swe kamienice listami wysp szczęśliwych,
Gazetami nowej ery
I książkami z jamnikiem, kluczem
Lub wycieczką do Paryża.

One są rozżalone.

Lecz pokornie czczą pożółkłe koronki.
W trepach naśladujących koturny przywołują czeredę dzieci
I stos dawnych namiętności
A wszystko pośród zalanej obierzynami kuchni.

Muzy czterech stron świata.





SKRZYDŁO

Złamane skrzydło światła
Odnalazło się w bilonie leżącym na chodniku.

W bilonie zawarto ostatni zbiór ikon,
Które całują fioletowe usta,
Roztopione w stali zimna.

Z horyzontu na ulicę spłynęły madonny kropel,
Wątpliwy splin utonął w modlitwach gorących fryzjerek,
Które ślęczą całe swe młode życie nad perukami mężczyzn
Z manią posiadania włosów Samsona.

Naprzeciw fryzjerskich zakładów
W eremach o czerwonej poświacie
Kręcą film o wielkości poczynania człowieka.

I oto bilon odbija światło
I prześwietla mrok skamieniałej przed chwilą powieki.

Nie będzie jednak szczęśliwego łutu dla oka pod powieką,
Gdyż o jeden grosz na chodniku
Było w tym życiu za mało.





Dedykowane P. Lagerkvistowi


KARZEŁ

Karła wystawili na szczyt śmietniska,
Obryzgali błotem i nakazali,
Aby wybrał sobie rodzaj tortury.

A on falsetem wykrzykiwał alchemiczne formuły
I miał w dłoniach słońca
A w stopach zmijowiska komet.

I lżył ziemi,
Że go na świat wydała
I dziurawił jej brzuch pagórów
I omdlałość jej dolin
I przygotowywał sobie kopalnie ciemności w przestrzeniach nad jej powierzchnią.

Lecz zastygł w brzytwie ostatecznego zamachu,
Gdy ujrzał niedocieczoną regułę
w liniach pochodu mrówek ciągnących do pustelni ziemskiego błota.

I stanął pod krzewem granatu w pełnym słońcu w pełni pogodzony.




AOJDA

Przyciskał dziecko do siebie
Resztkami opowiastek o wyschłych źródłach
I przetrzebionych lasach.

Dziecko nie słuchało
I pobiegło w gęstwinę na spotkanie z sobą.

Opuszczony aojda jednak nie przestał.

Dalej z marionetkowymi oczami,
Z drewnianymi wargami rzucał kłody swych wyobrażeń na rzekę ludzi.

W końcu utracił boską ślepotę
I ujrzał siebie.

I nie uwierzył.