DANIEL KALINOWSKI , BESTIARIUSZ

SŁUPSK 1993



SPIS TREŚCI:

Robactwo wszelakie a podłe na jaw rozciągnione

PĘDRAK
STONOGA
PANCERZOWIEC
GĄSIENICA
PATYCZAK
KARALUCH
KOŁATKA
PAJĄK

Insekta drobiące, we kwieciu bywałe, a i w innym stworzeniu się pastwiące

MRÓWKA
WESZ
MÓL
SKARABEUSZ
ŚWIERSZCZ
ĆMA
JĘTKA
ŻUK
ŚWIETLIK
MUCHA

Ptactwo niebieskie z niwy gadające, przytomne i prudencją napełnione

PISKLĘ
WRÓBEL
NIETOPERZ
KUKUŁKA
ORZEŁ
SĘP


Zwierz gryzący i płaski, przemyślny w tchórzliwości swej a uprzykrzony

MYSZ
RYJÓWKA
KRET
PIŻMAK
SZCZUR
PADALEC
ZASKRONIEC
BOA

Żywiąta wilgne a wodne w pławieniu i płodności nieustające

KARP
TRASZKA
ROPUCHA
WĘGORZ
DELFIN
WIELORYB


Animale pospolite, z których każde historyję szczyrą prawi

PIES
KOT
WILK
OWCA
LIS
NIEDŹWIEDŹ
KROWA
BYK
KOŃ
ŚWINIA


Bestyje imaginowane pośrzód ludzkiego żywota skryte

JEDNOROŻEC
CENTAUR
TRYTON
SYRENA
SMOK
GRYF








Jesteś węzłem sieci,
Która oplata każdą przestrzeń i czas.
Węzłem, wewnątrz którego jest klejnot.

Wokół ciebie istnieje nieskończoność
Węzłów i klejnotów.

Każdy klejnot świeci własnym blaskiem
I odbija blask pobliskiego

Awatamsaka Sutra





Robactwo wszelakie

a podłe

na jaw rozciągnione



PĘDRAK


Jestem pędrakiem w kokonie zawieszonym nad nicością.
Leżę na jedynym boku, który pozostał.
Drugi już od wieków jest paleniskiem
Dla bierwion mego kadłuba.
Tam jest nadmiar życia.

Przeczuwam, że na zewnątrz mego worka z mięśni jest cicho,
Tylko wewnątrz toczy się walka.

Końce nici kokona wiercą w ustach i nozdrzach.
Zaplątują się we mnie bezwzględnie.
Nie mogę im przeszkodzić.
Jestem tu odłogiem, czekającym na zaoranie.

Odleżyny nabrzmiały mi z nadziei na uwolnienie,
Pierś rozrywa mi pragnienie oddechu.

W co się przeistoczę?
Czy będzie to wierzeja mroku,
Czy ucho igielne pełni?
Ten kokon jest trwaniem.

Tylko lub aż.





STONOGA


Tutaj w ciemności,
Pod potężnym obeliskiem,
Jest zaprawdę spokojnie.

Nie dobiegają mnie żadne dźwięki,
Może jedynie obok, jakby w szkle
Przesypują się ziarna piasku.

Leżę pod kamieniem
I próbuję rozprostować nogi.

Lecz są w skurczu po ostatnim biegu
I drżą, kiedy zaczynam myśleć o drapieżnikach.

Zastanawiam się, jak by się zachowały,
Gdyby wyjść na słońce
I wygrzać zwapniałe kości na skale.

Jednak, aby to zrobić musiałabym wykonać ruch,
Porzucić łożysko chłodu,
Zniszczyć ciszę.

Lepiej zostanę w legowisku,
Może kiedyś czyjaś noga odkopie skamielinę
I odkryje mnie dla świata.





PANCERZOWIEC


Przygotowałem już bunkry stali na mej twarzy.
Nic nie poruszy układu okopów moich ust
I żaden nerw nie wyjdzie spoza zasieków żuchwy.

Wiem, że wszystko sprzysięgło się przeciw mnie,
Czuję obecność skrytobójców i szaleńców,
Lecz przeżyję.

Wyćwiczyłem już swe oczy
W nocnym rozpoznawaniu kształtów.
Moje białka rozrzedzają ciemności,
Tęczówki naświetlają kontury,
Źrenice przyszpilają wroga.

I wtedy zaczynam walkę.
Chwytam zębami bloki mroku,
Rozgryzam kwarc jego mocy,
Przełykam piasek jego zmory.

Mam hełm,
Który chroni mnie od nadmiaru stworzeń.
Mam pancerz,
Który zakrywa kanały mego rdzenia przed podglądaczami.
Mam stal i nadzieję,
Że nie zginę od miecza.





GĄSIENICA


Szukam czegoś do zjedzenia.

Nie nawykłam do odmawiania sobie czegokolwiek
Dlatego wgryzam się w każdą roślinę.

W kwiatach smakuję obietnicę wieczności,
W owocach jędrność życia,
W resztkach przeznaczenie wszystkiego.

Wszystko czego skosztuję jest moje.

Staję się bogata i mienię kolorami,
Trawię z kulturą i w opanowaniu.

W moim wnętrzu rozłożone są w harmonii:
Zapach doczesności i swąd cudu,
Okruchy ołowiu i szczątki złota.

Często przychodzą do mnie przyjaciele.

Obejmujemy się wtedy ciepłymi wyznaniami,
Przytulamy wydzieliną zachwytu dla siebie.

Dziś jednak nikt nie przyszedł...
W powietrzu mnóstwo cynicznych motyli
A ja obrosłam w tłuszcz.







PATYCZAK


Ze świadomością rośliny przycupnąłem na gałęzi.
Mam stępione strachem mitochondria bólu,
Sny okorowane z resztek nadziei.

Znieruchomiałem, ponieważ atakuje mnie ptactwo żądzy.

Zmusiłem swoje mięśnie do zwiędnięcia,
Spopielał mi odwłok,
Moje usta mają zdrewniałe wargi, a język stał się zielony.

Może przetrzymam nawałnicę pochodu gadów.

Nie ruszam się już od dawna.
Odżywiam się jedynie spadającymi z liścia drobinami czasu,
Wypijam rosę martwiejącą synapsą wrażliwości.

Może zwiodę grzbiety płazów czekających na mój upadek.

Myślę niekiedy, aby się pogodzić z przeciwnościami,
Oddać się ich uporowi w tropieniu mej słabości,
Może skończyłoby się to umartwianie...

Lęk trzyma mnie jednak mocno
I nie wypuszcza z zazdrosnych objęć.

Paraliż suchy, twardy i martwy.





KARALUCH


Najczęściej skrywam się w szczelinach muru.

Okruchy chleba są dla mnie całą wiarą w sens,
Ich poszukiwania wypełniają całe życie.

Wśród podróży spostrzegam jak mur rodzi hieroglify,
Jak grzyby wilgoci dowodzą przemiany materii
A zasuszone resztki skorków świadczą o wędrówce dusz.

Mur jest nieskończony i bez końca roztacza się wędrowcom.
Można podziwiać jego piasek,
Otworzyć kopalnię żywego srebra i lapisu mędrców,
Założyć muzeum kamiennego cudu świata.

Przed murem nigdzie nie można uciec.
Zawsze wpada się w potrzask szczeliny
Lub przepaść pustej przestrzeni.

Tutejsza cisza jest zdradliwa,
To czekanie na burzę bez grzmotów i błyskawic.

Na cios w kark przez nadepnięcie.






KOŁATKA


W oprawie zegara jest pusto i bezdusznie.

Próbowano mnie stąd usunąć,
Zatruć poczuciem piękna i sensowności.

Dalej jednak wyznaczam mogiłę,
W proch przemieniam dębinę.

Na cokole zegara naustawiano bóstw płodności,
Lecz i one ulegają moim szczękom.
W mechanizmie ukryto pozytywkę weselnego marsza,
Lecz zagłuszam go swoim requiem.

Jest mi obojętne w jakim drzewie przebywam,
Wszędzie jednakowo ogłaszam swoją obecność,
W zegarze bywa jednak ciekawiej,
O wielu sprawach można przedyskutować.

Wahadło ma wyraźne tiki choroby wieczności,
Koła zębate narzekają na paradentozę,
Cyferblat dostał wysypki na symboliczność,
Najgorzej ze sprężyną, pękła pod ciężarem odpowiedzialności.

Nie narzekam na brak towarzystwa,
Przywykłam do kołatającej samotności.

Ciężko pracuję na swoją przyszłość,
Zostawiam po sobie kolonie kołatek.

Ciekawe czy kołatanie ognia w drewno nie przerazi moich następców.






PAJĄK


Już od tylu lat plotę swą nić,
Że zaczynam się gubić w labiryncie własnej sieci.

W jednej z kryjówek zostawiłem klejnot,
Czasami w nocy
Widzę, jak prześwituje on przez zwoje przędzy.

To dziwne, lecz czuję się wśród chaosu linii swojsko,
Już nie zależy mi na wzorach i ornamentach,
Radością przejmuje mnie ruina porządku.

Zbieram drobiny szkła jako diamenty,
Łowię strzępy sylaby jako inkantacje,
Omotuję drgania ofiar jako skurcze życia.

Kiedyś moją sieć zerwał wiatr,
I wtedy uchwyciłem...
Brak.

Teraz przeżywam powietrzne wzloty,
Ponoszę ciosy i opadam z duchem,
Tymczasem barłóg mojego skarbca obraca się w perzynę.

Gubię przedmioty, które zgromadziłem,
Gubię siebie w sobie.





Insekta drobiące
we kwieciu bywałe
a i w innym stworzeniu się pastwiące





MRÓWKA


Żyłam w tym miejscu od niepamiętnych czasów.
Do pniaka przynosiłam rzeczy zawsze za duże, zawsze za ciężkie,
Zawsze przyginające mnie do ziemi.

Zazdrościłam kaście wojowników,
Ci mogli chociaż stanąć na równe nogi.

Dziś wszystko runęło.
Ostrze siekiery przecięło matkę,
Wysypały się jaja, zgniotło larwy.
Obuch wytłukł witraże marzeń.

Po raz pierwszy w życiu widzę chaos gniazda.
Pierwszy raz widzę skrywany obłęd,
Więc przygotowuję się do prawdy -
- śmierci.

Pot przerażenia i mrówczy kwas topią mnie.
Chwytam się wizji ostatecznej zagłady
I uciekam.

Nie wiem dlaczego w ostatniej drodze
Znowu przygina mnie mrówcze jajo na grzbiecie.




WESZ


Wyrosłam ponad przeciętność i dominuję wśród ssaków.
Nie robię różnicy między owłosieniem pachwin lub głowy,
Jednakże zawsze milej popatrzyć na świat z góry.

Tak wielka istota jak ja posiada również wielkie zmartwienia.

Jestem bardzo wstydliwa i unikam wzroku rozmówców.
W cichości ducha czekam na bezruch mego sponsora
I wtedy zaszczepiam mu świadomość, że jest ofiarą.

Jak cudownie jest wysysać szpik czyjejś obecności.

Mój żywiciel chciałby zapomnieć o mnie,
Jest zażenowany i traci społeczną pozycję.
Wolałby być w znakomitym towarzystwie myślicieli
I żartować, iż chodzi mu coś po głowie.

Sądzę, że mój pobyt na nim nie jest przypadkowy.
Wreszcie mam możliwość być kimś.
Wgryzam się w skórę, zakażam ranę.

I dopiero wtedy opijam się musującą krwią.

Moja ofiara gorączkuje,
Wyplątuje z trzasku łamanych palców modlitwę
I obiecuje spokornieć.

Zobaczę czy spełni obietnicę.





MÓL


Nieprawdą jest jakobym żywił się lnem lub bawełną.
Natomiast wśród sukna zawsze znajdę kryjówkę.

Nadmiar tlenu i poczucie nagości są moimi największymi wrogami.

W marynarkach znajdę tawerny z tytoniem,
Wysypisko kurzu i poszczerbione szczyty grzebieni,
Nieraz zamarznięte tafle lustra.

W żakietach jest duszno i pretensjonalnie.
Masywne zwały zapachowych chusteczek,
Szkatuły z komnatami o szklanych ścianach.

Spodnie to zdradliwa kraina.
W kieszeniach kryją się pokłady minerałów,
A największe złoża leżą wśród czeluści odoru.

Spódnice zawsze obiecują więcej niż posiadają.
Falbany okazują się złogami namiętności,
Koronki skorupą i zasadzką dla mojego światłowstrętu.

Promień blasku obdziera mnie z intymności,
Źle znoszę przewiew i nawilżanie.

Jeśli nie sukno, tylko papier moim ratunkiem.





SKARABEUSZ


Na mnisim ciele spocząłem po obłędnym locie.
Nie mogę nadużywać ich zaufania do mnie.
Wystarczy, że jestem dla tej rzeszy nadzieją,
A zbyt trudne proroctwa męczą.

Potem odbiłem się od pleców i ruszyłem do witraża powleczonego cudem
I wzleciałem ku każdemu niemal miejscu w świątyni pilnie obserwowany.

Nie żałuję dla nikogo przestrzeni do egzegezy,
Niech się schodzą i radzą o kolejności świętych znaków.

Mogą robić pomiary moich skrzydeł
I mnożyć przez ilość odnóży.
Mogą badać zawartość moich odchodów
I liczyć proporcje między składnikami.

Jedno jest pewne, ku zmartwieniu mnicha,
Którego plecy stanęły mi na drodze.

Zrobią go świętym wbrew jego woli
I namaszczą olejkami wabiącymi owady.

Od tej chwili zaczną go pokazywać publicznie
Jako manifestację boskiego pomazańca.
Jego cherlawe plecy staną mi na drodze
I znowu go uderzę, tym razem wespół z zachwytem tłumu.





ŚWIERSZCZ


W mojej pieśni słychać teraz.

To jest głos, który przebija ściany
I przetapia szkło w okiennicach.

Wpuszczają mnie do swych domów
I popadają w zachwyt nade mną.
Potem jednak złorzeczą nieostrożności.

Wyciągają łapki na muchy,
Rozpoczynają polowanie z nagonką ciszy,
Każdy dźwięk wyostrza ich ucho,
Każdy szmer wywołuje serię uderzeń.

Mógłbym nie dawać żadnych sygnałów,
Lecz nie mogę zapanować nad sobą
I zdradzam miejsce schronienia.

Chciałem tylko złożyć ciało w pobliżu kaflowego pieca
I zadbać jedynie o wyrazistość pieśni.

Lecz czuję, że już jej nie utrzymam.






ĆMA


Im większe ciemności, tym bardziej lot staje się nieunikniony.
Pamiętam o figurze na moich skrzydłach,
Lecz mimo to mój odwłok porywa podskórna rzeka.

Światła nie cierpię pod żadną postacią,
Zmusza mnie ono do poddaństwa,
Do płonącego tańca.

Jest ze mną jakiś człowiek,,
Wielbi ciepłotę powietrza i porywy wiatru,
Leci na oślep w wielkim urzeczeniu.

Płaty jego skrzydeł miękną
A moje twardnieją i stają się sprężyste,
Jego oczy łzawią od światła
Moje ogromnieją w wielką soczewkę.

Wreszcie słyszę okrzyk rozkoszy
I widzę jak on karleje
Bezwładnie spadając na ziemię.

A ja jestem całkiem blisko światła.
Ono się rozszczepia w przezroczu mych lotek,
Ten widok mnie pochłania.

Czuję teraz płomień na moim ciele,
Czuję, jak z gorąca pęka moja skorupa,
Czuję, że koniec jest zawsze sensowny.

I spadam wprost w ramiona tamtego.
Razem w prochu smakować
Zaćmienie umysłu.




JĘTKA


Tylko jeden dzień
Ale za to na szczytach chwały.

Wzrastam w nagiej bieli.
Prosto z ziemi rozpoczynam łopot
W gorączce przeczuć jedynej szansy,
W pośpiechu sięgania po niebo.

Gwałtem zdobywam swą dojrzałość
W gwałcie odbywają się gody.
Moje zaloty są walką o przyszłość,
Gdyż starość czai się w zmroku dnia.

Przeczuwam, że noc zetnie moją krew
Trzeba się będzie zaszyć w ziemi i czekać.
Z brzemieniem bezradności patrzeć
Jak zaradnie wypełnia się cykl.

Dziś są moje urodziny
I dziś nastaje moja śmierć.





ŻUK


W czasie mej złotej młodości
Upodobniłem się do żuka gnojarza.

Jakże lubiłem toczyć swój świat uroczy;
W powietrzu powiewały chorągwie modlitewne
I strony gazet
Strzępy tego wszystkiego służyły mi za pożywienie.

Moją dewizą było zdanie:
Wszystko się jakoś potoczy.

Więc różne rzeczy toczyłem;
Uporczywe dyskusje filologiczne,
Pianę z ust-
Gdy się przedłużały,
Korytarze torsjami-
Kiedy były już nieznośne.

Obracałem się za siebie
W poszukiwaniu złotego środka,
Obracałem się w kierunku bajora
Duchowych olśnień,
Obracałem bibliotecznym kurzem,
By wytoczyć z gliny liter pismo Boga.




ŚWIETLIK


Żyję w ciągłej obawie przed sowami.
One są tak wielkie w umyśle i drapieżności.
Ulubiły sobie spożywać mój gatunek
Dla lekkości i walorów estetycznych.

Zapominam o tym, kiedy widzę ogień na bagnach.
Płonący torf nęci zapachem.

Nie mogę wytrzymać bólu w kadłubie
Mój odwłok zaczyna się spalać.
Aby pieczenie choć trochę zelżało,
Muszę lśnić blaskiem.

Potem wtapiam się w ławicę światła,
I wyczuwam jeden puls.

Nadlatują wszechwidzące sowy,
Lecz nie dostrzegają mnie w jasności.





MUCHA


Przyleciałam do celi Ikara.
Wszędzie tutaj labirynt ścian
I nastrój beznadziei.

Ja zaś lubię mieć dobre perspektywy,
Dlatego pozostawiam go w padole niemocy,
Widzę jak mi zazdrości.

On chciałby ukraść moje skrzydła
I wtrącić mnie w ospałość zupy tygodni
Wśród tłustych sosów nudy.

On by się ożywił,
Wspiął po szczeblach żaluzji
Na szczyty rozrzedzonych zapachów.

Uderzałby o własne żebra,
Rozpoczynając grzechot sięgania po niebo,
A wieczność byłaby mu świadkiem.

Ale nic z tego, on może tylko mnie śledzić,
Kiedy jestem wysoko na ścianie, on zamiera
I oczekuje na fałszywy ruch.

Potem rękoma chwyta się cegieł,
Nogi osadza na zrzędliwości swego ojca
I tylko zębami trzyma się pomocniczej liny.

Wreszcie osiąga wyżyny,
Doznaje poczucia skrzydeł
I otwiera usta, aby wyrzec przesłanie.





Ptactwo niebieskie
z niwy gadające
przytomne i prudencją napełnione




PISKLĘ


Niczego nie wiem, lecz dobrze mi z tym.
Żałuję, że padł już firmament jaja,
Przynajmniej było tam spokojnie.

Jestem mokre od przerażenia,
Próbuję podnieść głowę ku niebu,
Choć zupełnie nie wiem po co...

Obok mnie leży już jakaś głowa.
Wyszeptuje zapewnienia,
Że wyrosną jej skrzydła.

Nie zaprzeczam i nie potakuję,
Mam sztywny kark od patrzenia w górę
Czuję swędzenie skóry - tak wyrastają pióra...

Żałosne mam ciało,
Łamliwe nogi, ręce i kadłub,
Do którego przyrastają lotki.

Milczę, gdyż tak jest lepiej.
Nikt nie zrozumie mojej skargi:
Lepiej było w ogóle się nie narodzić.



WRÓBEL


W deszczu skuliłem się nad kałużą.
Strzepuję ze skrzydeł bukiety wilgoci w rozchwieję dnia.
Dzisiaj całe niebo obchodzi święto przemienienia
Kropli w rotundę wody.

Ulewa zdaje się nie mieć kresu,
Światło dociera tutaj długim łukiem
Jest rozmazane i odbite od chmur.

A teraz robi się coraz ciemniej,
Wszystkie dźwięki przypominają kapanie.

Rozpływam się w relief pokory wobec pór roku.

Strugi deszczu przewlekle się rozwodzą
Nad przyciąganiem ziemskim.

Krople drążą strumienie niemocy,
Spowolnił się mój puls w takt ronda,
Bez końca trwa rozpad nieba.

W deszczu skuliłem się nad kałużą.
Pył spłynął ze mnie,
Roztopiły się kryształy mojej powłoki.
Krople sięgają oceanu ciszy.



NIETOPERZ


Już od dzieciństwa byłem nietoperzem.
Skokami mierzyłem dziedziny mojej strychowej wiedzy.

W ciągu dnia spałem na głowie
O północy zaś najbardziej byłem zajęty.

Butelkowałem odgłosy ulicy.
W łapki na myszy chwytałem przekleństwa.
Przywoływałem mary na noworodki.

Z desek podłogi wydobywałem prawdę
O drugiej stronie świata.

Byłem coraz zdolniejszy i szybszy
I nie zagrażał mi już ten kopista nocy,

Którego widywałem w grzybni bełkotu i przypadku,
Którego rozbiłem na kawałki,
Kiedy stroił się w moje ciało

I naśladował każdy mój ruch
W lustrze.




KUKUŁKA


To bardzo ciężki chleb być wyrocznią.
Wszyscy wypatrują mojego gniazda i liczą moje odgłosy.

Już z daleka słyszę jak nadchodzi ich nadzieja.
Ona jest w brzęku monet, w kieszeniach spodni jakie założyli.

Przychodzą też młode kobiety i nasłuchują
Ile lat jeszcze nie zdradzone zostaną przez męża.

Najbardziej naiwni są bogacze...
Czekają aż ich obryzgam odchodami,
To podobno przynosi wielkie szczęście.

Mnie zaś do niczego się nie spieszy,
Strząsam z piór ich oczekiwanie i dalej kuszę.

Czasami odezwę się do ciszy,
Lecz tylko dla kaprysu.

Z nudów podrzucam komuś jajo.
W końcu czyjeś kłopoty, to nie mój problem.





ORZEŁ


Lubię unosić się w przestworzach.
Powietrze jest tu słodkawe i czyste.

Marzę o przestrzeni całkowitej ciszy.
Tam jeden ruch wyniósłby mnie w muzykę nieba.

Mógłbym oczywiście zniżyć loty i dotknąć ziemskich wiatrów,
Lecz zbyt dużo w nich stęchlizny.

W rejony woni gleby zaglądam więc bardzo rzadko
I wyłącznie z konieczności pożywienia.
Nie znoszę tego hałasu i kurzu.

Jakże trywialne i nędzne jest zdobywanie pożywienia.
Jakże pędzą tutaj do stadła...

Z moich perspektyw widzę odmiennie,
Dlatego stoję samotnie i w goryczy...

Kiedyś opowiem o wadze wysokości,
Lecz teraz czekam aż strawię.





SĘP


Jestem już zmęczony oglądaniem agonii.
Z odrazą patrzę jak każdy chwyta się oddechu,
Jak kalają godność własną i śmierci.
Kiedy zaś chcę im pomoc, obrzucają mnie wyzwiskami.

W skwarze i duchocie wypatruję konwulsji.
Podobno wśród spazmów można się wyzwolić.
Moje obserwacje nie potwierdzają tego.
Raczej wnioskuję o skurczu mięsa i bezsilności umysłu.

Siadam więc do uczty i po kilku kęsach padliny mam mdłości.
Nie znoszę również rojów much i mdłego zapachu zgnilizny.
Dobrze, że wyskubałem sobie pióra z szyi.
Przynajmniej mam spokój z lepką posoką trucheł.

Najchętniej odżywiałbym się owocami.
Zrywałbym te niedojrzałe i bez robactwa.
Pławiłbym się w krynicy soku,
Wysysał miąższ i bez końca wąchał.

Nie mogę jednak zaprzestać spotkań z umarłymi.
Kończę już pracę nad równaniem metafizycznym:
Piękno jakie mają na obliczach po śmierci,
Jest odbiciem czynów jakie wykonali za życia.

Ciekawe jakżesz będę wyglądał...
Ten, który szepcze do ucha modlitwy nieżywym,
Który otula im oczy skrzydłami
I który uwalnia ich od ciała.





Zwierz płaski i gryzący
przemyślny w tchórzliwości swej
a uprzykrzony





MYSZ


Skryłam się w zadymionej knajpie aniołów i grafomanów.

Przysłuchuję się jak roztaczają magiczne horyzonty
I zapewniają się o dalekosiężnej swej przenikliwości.

Mówią z wyuczonym akcentem nuworyszy ducha,
Ścinają drzewa na dyplomy z czerpanego papieru,
Licytują rudę na pomniki.

Podczas siedzenia z księżycówką i winem patykiem pisanym
Miewają iluminacje o stadach gryzoni,
Rzucających się na ich nieśmiertelne dzieła.

Te wizje są dla mnie groźne,
Ponieważ wyszukują wtedy moje domostwo
I zatapiają je żółcią i flegmą.

Ich pogróżki niosą się po świecie
Jak odgłos myszy rodzącej górę.

Ja zaś siedzę wewnątrz świetlika ich kaganka.





RYJÓWKA


Moje oczy okryte są połciami zasad
I zwyczajów świątobliwych pokoleń przodków.

Jestem więc wyuczona i wiem
W jakie pazury
Obdarzona została moja świadoma siebie natura.

Słyszałam też o wyższości brania nad dawaniem
I pieklą się we mnie zwoje pragnień,
Aby znowu użyć swego gębotworu.

Przez moje wąskie szczęki wyraża się
Sprężystość mięśnia mózgu
I wyniosła boskość mego gatunku.

To prawda...
Nikt nie jest doskonały,
Lecz ja to przekraczam.

Miętoszę kolonię kurhanów,
Wchłaniam zastępy oleodruków,
Zagryzam helleńską faunę.

Żądam większego pyska,
Aby w końcu zrozumieć wszystko.





KRET


Chroniłem się w zwałach treści,
Żądza wiedzy przyświecała mi w ryciu.

W przejściach i sztolniach drobiłem okruchy
Pozostawione przez drapieżniki,
Których przenikliwa odmienność
Tym bardziej zaciekawiała.

Moje gniazdo napchałem sensem,
Scementowałem je własną krwią.

Jestem bezpieczny w swoim schronie,
Okryłem się całunem doświadczeń
I liżę kryształy górskie,
Uzyskując chłód zrozumienia.

Lecz, niestety, nigdy
Nie miałem widzeń.




SZCZUR


Wchodzę tam, gdzie mnie nikt nie oczekuje.
Ściągam ze sobą stada zgryzot
I choroby szarego dnia i nocy.

Do życia niewiele mi potrzeba,
Odżywiam się dzięki wrakom przeżyć,
Które wyrzucane są z pamięci.

Zamieszkuję piwnice pragnień
Lub strychy wyobraźni
I czekam chwili, aby uderzyć.

Mój atak jest niepozorny.
Sięgam miejsc najczystszych,
Aby je oczyścić z wyobrażenia czystości.

Zostawiam ślady zębów na ciałach
Chleba świętości odżywiania
I monstrancji codziennej jałowości.

Żadnego jadu nie zostawiam...
Wymyślili go moi tępi przeciwnicy
Z obawy przed utratą swego sensu życia.

Jednak wszyscy mnie prześladują,
Żyją przeświadczeniem, że chronią harmonię.
Tymczasem tylko dzięki mnie panuje równowaga.





PIŻMAK


Nigdy bym nie przypuszczał, że jestem świętym zwierzęciem.
Słyszałem o poświęcaniu bóstwom różnych zwierząt,
Lecz o piżmakach było cicho.
Niestety tylko do czasu...

Nowa era adeptów sacrum wymaga zmian.
Wycinają ze mnie gruczoły, suszą je, mielą
I poświęcają zbożnym celom.

Piżmowe kadzidła zapewniają bliski kontakt ze świętością,
Lecz tylko dla mędrców.
Profani wyczuwają zaledwie mocz.

Kiedyś gruczołem znaczyłem teren mego życia.
Teraz mój zapach określa zonę śmierci i krąg nienazwanego.
Kiedyś tylko śmierdziałem,
Teraz wydaję woń.

Właściwie czuję się niedowartościowany.
Gdybym tracił dla Boga serce lub wątrobę, nawet wnętrzności
Mniej czułbym się zażenowany.

Lecz tylko genitalia...



PADALEC


Padalec - co za beznadziejna nazwa.

Gdyby chociaż było w niej coś groźnego...
A tak tylko padanie i leżenie.

To mnie, ze względu na kłopoty ze wzrokiem,
Należą się okulary, nie zaś tej imigrantce kobrze.
Zresztą ona jest bezczelna i głupia,
Wystarczy popatrzyć jak się puszy.

Poza tym jako jaszczurka jestem rodzaju żeńskiego
To bardzo ważna sprawa, przynajmniej dla mnie.

Mówią: mała jak palec, zła jak padalec...
To największe oszczerstwo jakie słyszałam -
Nigdy nie byłam mała, wręcz odwrotnie...
Chyba, że mowa o palcu Boga.

Jestem więc olbrzymem pośród owadów
Kolosem ogromu dla skorupiaków.

Zaś zło, to sprawa pewnych czynów,
Które popełniam nie częściej niż inni.

Moje życie jest może nieco bardziej przyziemne.






ZASKRONIEC


Wszyscy uparli się, aby zrobić ze mnie węża.
Koniec mój jest bliski, jeśli nie uczynię czego żądają.
Może wtedy z przestrachu zostawią mnie.

Teraz zaś skradają się moim śladem.
Z lęku drży mi skroń,
Czy dlatego nazywają mnie zaskrońcem?

Nie mam nawet kłów z jadem,
Ani siły, aby zdusić choć kurczaka.
Goniec obławy nadchodzi, słyszę go w szeleście własnego pulsu.

Rozdwoiłem sobie język, aby rozróżnić odcienie bojaźni.
Jego końce zakreślają bieguny między kryjówką a zagrożeniem.
Jego długość wróży mi czas do przeżycia.

Nie zamykam nigdy oczu,
Marzę tylko o prostej drodze do łożyska skały,
Lecz muszę znosić zawilce moich ucieczek.

Nie wiem czym sobie zaskarbiłem uwagę obcych.
Chyba jednak zrzucę skórę, złapię się za ogon
I skieruję ich na pustynię ku ziemi obiecanej.





BOA


Na świecie jest tak przeraźliwie zimno.
Wspinam się po konarach, aby zasięgnąć ciepła czyjejś obecności.
Nie potrzebuję rozmowy, wystarczy mi tylko dotyk.

Później słońce rozgrzewa w moich trzewiach jakieś życie,
Lecz dalej czuję się samotny.
Przecież tak bardzo pragnąłem mieć kogoś blisko siebie.

Cóż mogłem ofiarować jeśli nie siebie,
Obejmowałem
I czekałem na odpowiedź.

Chciałbym być jak najbliżej każdego istnienia,
Tulić się do niego,
Odczuwać spazmy jedności.

Lecz nigdy mi się to nie udało,
Ponieważ jestem niecierpliwy
I duszę się.



Żywiąta wilgne a wodne
w pławieniu i płodności nieustające






DELFIN


Niesamowite jakże oni są naiwni.

Wydaje im się, że wszystko wyrażą
W ich ubogim języku.

Kiedy się spotykamy są zakłopotani,
Wyciągają czeredy tłumaczy
I próbują wcisnąć w swój światek moje słowa.

Mówię o świetle, które przyszło z wody -
Słyszą piski i zgrzyty.
Mówię o głębi kropli oceanu -
Wnioskują o instynkcie pararozumnym.

Może więc lepiej nic nie mówić
Tylko wziąć ów ładunek na siebie,
Podpłynąć do ich tak zwanego wroga
I czekać aż zadziała zapalnik -
Drobna rzecz dla ludzkości.

Potem spotkanie w barze,
Z białym winem i cygarami.
Aromat mięsa jak wschodnia bryza,
Potrawa rozpływa się w ustach.
Zostałem podany jako rekin
W dodatku z ośćmi.




WIELORYB


Jeden wielki oddech
I mijają setki metrów,
Kiedy tak płynę pośród ławic czasu.

Jeden oddech i dźwięk
Co w przestwór toni mknie
I wraca jak niechciany samotnik.

Jeden oddech i w głąb
Gdzie ślepi prym wiodą
I nic nie zmąca pełnej znaczenia ciszy.

Jeszcze jeden oddech
I już poddam się harpunowi
Co rozgwieździł się we mnie
I ssawkom lin co ćwiartują
Płaty moich płetw.

Jakie to dziwne oddychać
Świeżym do rozedmy powietrzem,
Kiedy świat traci kontury,
Staje się coraz jaśniejszy
I coraz cięższy do strawienia.

To pewnie przez ten tran -
Za dużo go w tym życiu.




KARP


Przyszedł nad brzeg sadzawki, w której pływam.
Był skupiony i ubrany odświętnie.

Podobno potrafi wyzwalać ryby z cierpienia.
Ciekawe czy robi to przed, czy po ich śmierci.

Spojrzał na mnie uważnie
A po chwili oddał pokłon.
Potem zaczął poruszać ustami.

Trwałem z szacunkiem,
Stał już tyle godzin nad wodą i to bez sieci
I wciąż mówili przekonywał.

Być może przeklinał... złorzeczył...
Może zachwalał przymioty mego milczenia
A jeśli udawał, że mówi...

Zacząłem podobnie układać usta,
I tak osiągnęliśmy jedność.
Karp rozmawia z człowiekiem.

Wyglądaliśmy niemal identycznie,
Jak dwie postacie pochylone nad lustrem
Milczenia.



TRASZKA


Uczepiona trzciny, czekam na bezwietrzną chwilę.
Mam już zawroty i mdłości od kołysania się łodygi
I marzę o podróży na drugi brzeg tego mokradła.

Dzisiaj nie jestem tak sprawna,
Ogon, który dawniej gubiłam, aby zwodził prześladowców
Nie chce w pełni odrosnąć,
Jego kolory wyblakły, spowszedniały.

Z żalem obserwuję co po nim zostało;
Linie papilarne moich rodziców,
Zygzaki losów mego gatunku
I oczy strachu przed burzą.

Wiatr nie przestaje mnie zwalczać,
Woda kryje w sobie obce cielska.
Chyba zostawię niepewne podróże,
Za mgłą kryją się jeszcze większe bagniska.

W szeleście trzciny znajduję jakąś nadzieję
I choć targana wiatrem,
Jednak wciąż myślę.



ROPUCHA


Myślę, że dobrze się zakorzeniłam w błocie.
To niezwykle twórcze brzuchem miłować życie
I czekać na wyrazy uznania.

Dobrze opanowałam swój język dysput z rzeczywistością.
Mój język jest giętki, sprawny i wyważony,
Najbardziej w polowaniu.

Nie jestem zbytnio zaciekawiona światem.
Zawsze przychodzi do mnie pod postacią owadów i wilgoci.
Z wilgoci czynię legowisko, z owadów spiżarnie.

Jestem dumna ze swojej płodności.
Tuż pode mną zgromadziłam skrzeki nadziei
Na chwałę gatunku.

Moje kolonie kiedyś się rozrosną
I zabrzmi na arenie bajora
Rechot zwycięstwa.

Wielu mi zazdrości, są nadęci i skrzekliwi.
Pluję im w oczy i liczę ich zęby.
Już niedługo je stracą.



WĘGORZ


Przeklęta niech będzie długość mojego ciała.
Jeśli byłoby krótkie, przynajmniej mógłbym się gdzieś ukryć.

Jest jedno tylko miejsce, w którym czuję się bezpiecznie...
Dążę do niego z pielgrzymką...

Przepływam przez cieśniny sieci,
Omijam czułki haczyków, nie sypiam.

Jeśli trochę się pomylę
Czeka mnie duchota od nadmiaru powietrza.

Jeśli poruszę wnyki
Wydłuży mi się ciało od własnego ciężaru.

Wyczerpany docieram do kłębów,
Aby choć na chwilę zagubić się w jasności...

Tam w głębi rośnie światło...
I ja je rozpalam tarłem...




Bestyje pospolite
z których każde historyję szczyrą
prawi




PIES


W okresie mej dojrzałości płciowej stałem się psem
I to psem przewodnikiem.

Byłem brudny i wyliniały.
Lecz stawałem w bramach miejskich targów
Na chwałę każdego stworzenia.

Kupcy naśmiewali się z mojej brzydoty,
Wołali o hycla.

Rzucałem się na nich z szałem i opętaniem
I goniłem po ulicach o zapachu bielizny,
Po sieniach zatęchłych wilgocią,
Po korytarzach duszącego karbidu,
Balkonach, z których skakali na dno
Cuchnącego słoika podwórza.

Gryzłem ich łydki i odkrywałem kolory,
W których byli najprawdziwsi.

Dawałem im spokój dopiero przy szaletach.
Tak, że Szeol
stawał się dla nich wybawieniem.

Teraz już wiedzieli czym grozi chwytanie Boga za nogi.
Nie będą bluźnić przeciw istotom.





KOT


Unoszę głowę i ziewam,
Łowiąc zwidy westchnień i majaki zawołań.

Z uwagą przypatruję się kartce
I słyszę jak natrętnie w niej chrobocze pieśń.

Czyham na jej ruch,
Przeświecam ślepiami jej światło.

Nikt mnie nie uprzedzi,
Pierwszy topię w niej kły.

Naiwna jest ręka piszącego,
Nic już nie wyskrobie z papieru.

Może wygniatać go i tłamsić
Rozdzierać jego szwy i poszycia.

Taki jest los spóźnionych,
Którzy przystanęli w zamyśle.





WILK


To nudne być straszakiem na dzieci.

Jak nie potwór, to gwałciciel -
To dosyć mały wybór.

W dodatku wszyscy utyskują na moją żarłoczność
I skrajny indywidualizm.

Na ostatnie mógłbym się właściwie zgodzić...
Samotność nie jest jednak wyborem a koniecznością
Stada tak bardzo śmierdzą.

Z apetytem zaś to przesada...
Mam co prawda duże siekacze,
Ale i dużą próchnicę.

Niestety już od wieków nikt mi nie wierzy,
Szczególnie myśliwi i literaci.

Oni zdzierają ze mnie skórę
I wypychają ją swoimi porażkami.

Na pastwę wygłodniałych ludzi.




OWCA


Pasterzem moim nie jest Pan,
Nie brak mi niczego.

Ładnie wyglądam na świętych obrazkach,
Kartach dziecięcych bajeczek
I w sosie musztardowym;
Wszędzie tak subtelnie delikatna.

Myślę, że istnieję dla przytulania się
Choćby takie karakuły...
Ale nie będę aż tak dosadna...
Weźmy skrzypce...

Muzyk tak doskonałe wydobywa dźwięki
Genialny artysta, oryginalny instrument
To niewątpliwie granie z trzewi,
Ale czyich...

Słyszę żałosne wołanie,
Nadchodzi pasterz
Błaga w imię stada
A tam już wszystko gotowe:

Naczynie na krew do znaczenia odrzwi
I swąd ogniska na całopalenie
Ciężko być owcą, nawet nie czarną,
Tylko ofiarną.

Ale pasterzem moim nie jest Pan,
Nie brak mi niczego.



LIS


Mam ukrytą w sobie chorobę,
Którą nasączam każdego, kto mi stanie na drodze.

Mówią, że to okrutne...
Lecz nie ja wybrałem los.

Ze wszystkich sił przekazuję moce,
Wypływające z mojego pyska wraz z pianą.

Jak zbawienne okazują się kły otwierające trzewia,
Jak celowe pazury przygniatające mego następcę.

Cząstka natury, którą przenoszę, zostanie w innych
Na świadectwo harmonii i celu.

Przestałem popierać lub zaprzeczać,
Moja misja jest ponad rozumieniem.

Modlę się do kuli niszczącej moje zęby,
Korzę się przed młotem miażdżącym mój mózg.

W ostatnim skurczu wypełniam zadanie...
I zagryzam ziemię.




NIEDŹWIEDŹ


Kiedy już mnie osaczą, czują się prawdziwymi zdobywcami.
Dzielą w duchu moją skórę i wyliczają:

Niedźwiedzi pazur na amulet jurności.
Niedźwiedzia łapa wzmaga popęd.
Niedźwiedzi łój na okłady chorób wenerycznych.
Niedźwiedzie jądra na fetysz męskości.

Wyliczaliby tak dłużej, lecz przerywam im rykiem.
Z rozpłatanym sercem zapadam i wyliczam w nich:

Źródła lęku przed niemocą.
Obawę przed posuchą nasienia.
Odrętwienie przy łatwych kobietach.
Niechęć do sprawdzania swej męskości.

Gawra wśród cierni zapada się wraz z moimi powiekami.
Może to i dobrze, że spełnię marzenia myśliwych.
Oni okupią to nocami spędzonymi na opowieściach o mojej duszy,
Która zaczaiła się w ich łożnicy.




KROWA


Doskonale rozumiem dlaczego wzrok każdego pada na wymiona.
To wyczerpująco określa moją przydatność.

Przecież każdy lubi mleko.
Zwłaszcza dzieci...

Jest we mnie rzeka cierpienia,
Która krwawi bielą dzień za dniem.

Wychłeptują ją ze mnie w poczuciu obowiązku,
Szczycąc się miłością do zwierząt,
Lecz - co ludzkie - zapominają o głodnych cielętach,
Ich wdzięcznych obiektach do fotografowania.

Nie znoszę poklepywań i głaskania,
Mam dość wyziewów ich odzieży.

Oni jednak chcą mnie mieć blisko:
Na swoich nogach podziwiają moją sprężystość.
Zakładają mnie na własne plecy i pomrukują z ciepła.
W żołądkach trawią krowie pastwiska.



BYK

Jedyną rzeczą jaka po mnie zostaje
To jarzmo.

Niektórzy kolekcjonują je i zakładają na swoich domach
Jako dekorację.
Wynoszą ku górze to, co przygniatało
Do dołu.

Dla mnie jarzmo miało wymiar duchowy
Choć nie wyłącznie.

Dzięki niemu mogłem dbać
O głębokość skiby.
Mogłem podziwiać zapachy
Oranej ziemi.
Wiosną, kiedy wzdychała do płodnego wiatru
I nabrzmiałego ziarna.
Jesienią, kiedy wydychała życie
I przyjmowała haliznę.

Dzięki jarzmu mogłem wnurzać się w glebę,
I gryźć kamienie.

Dziś, kiedy psy wloką mój łeb
Porzucony na drodze,
Czuję woń zgnilizny,
To nowe czasy.

Jakże szczęśliwe, bez jarzma
I byków.



KOŃ


Ciągnąłem zaprzęg, dopóki nie potknąłem się o kamień.
Był niewielki, lecz skutecznie zranił mi ścięgna.

Nie wiem jaki wyraz twarzy miał woźnica,
Ponieważ nic nie było widać przez klapy na oczach.

Marzyłem przez chwilę, że obejmie mnie za szyję
I przyłoży głowę do mojego łba,
Może usłyszałby kłębiący się strach
I historię lat stapiania się mej skóry z rzemieniem.

Na szczęście woźnica był wyuczalny
I szybko zrezygnował z dalszej drogi.

Wyciągnął mnie z jarzma
I obiecał dać święty spokój.

Spełnił obietnicę nad wyraz dobrze.
Wyprowadził mnie na puste pole,
Spętał mocno nogi i odszedł,
Podcinając żyłę na szyi.

Wbrew pozorom jakie sprawiałem, ludzie z miejskiej jatki
Długo musieli czekać, aż będę gotów.

Ten czas skracaliśmy sobie dyskusją nad problemem
Ontologicznym: umrę, czy też zdechnę.



ŚWINIA


Rozmyślam o ślepym przypadku i przeznaczeniu.
Ciągle szukam pierwszej przyczyny mego losu.

Nie mogę sobie przypomnieć od kiedy leżę na lepkiej słomie.
Od wyziewów nachodzą mnie torsje.

Odór i brud wczepiły się kłami w moją skórę.
Gazy i odchody postawiły pieczęć na moim umyśle.

A przecież podobno posiadam nieprzeciętną inteligencję.
Tylko szczur i człowiek może się ze mną równać.

Bezbłędnie odgaduję zapachy nektaru i ambrozji.
Gdyby nie wieczny głód mogłabym bez końca wdychać wonie.

Mam także duchowe moce.
Wyczuwam opary śmierci na kilka dni przed moim końcem.



Animale imaginowane
pośrzód żywota ludzkiego skryte



JEDNOROŻEC


Co za utrapienie z tymi dziewicami.
Gdyby były rzeczywiście nietknięte...
Ale gdzież tam, niemal wszystkie są fałszywe.

Ustrojone w wykrochmaloną biel
Ze zwiędłym wiankiem na głowie
Wyciągają ręce do mego łba,
Choć oczywiście pragną czego innego.

Sam nie wiem, czy mój róg ma taką wartość,
Że dziewice patrzą na niego z takim zachwytem.
Może Freud wyjaśniłby wątpliwości,
Albo lepiej Jung - to bardziej eleganckie i niejasne.

Jak dla mnie całe to zamieszanie
Jest uciążliwe, niemiłe i żałosne.
Wolę matnię i uroczyska,
W których nikt nie widzi mojej nagości.

Tymczasem jednak muszę uporać się z dziewicami,
Które jeśli ich nie zgwałcę,
Chyba mnie zagłaszczą na śmierć.


CENTAUR


Co zrobić ze sobą
Kiedy wszyscy mężczyźni ostrzą broń,
Aby przebić moje serce i wyciąć mi jądra?

Jakże oni lubią dosadność,
Kiedy określają sposób w jaki mnie wykastrują.
Jakże palą się do ukręcania mi łba,
Kiedy jestem jeszcze w kołysce.

Niekiedy mam ochotę się ufarbować,
Do łopatek przyprawiłbym skrzydła
I stałbym się pegazem...

Przed tym krokiem powstrzymuje mnie obawa
Przed tabunami poetów,
Którzy strzelaliby do mnie zatrutymi piórami,
Aby ściągnąć mnie do ich pisaniny.

Dlatego więc lepiej już zostanę
Z obrokiem ludzkiego mięsa
I poczekam z końskim uśmiechem.


TRYTON


Odkąd okryłem się płaszczem wilgoci i płci,
Pływam po ciałach muskając wiry i leje.

Poławiam święte dźwięki pluśnięć ogonów
I płaczliwie wyznaję złudność wody.

Obok płaskonosych i rybiookich znalazłem miejsce
I pławię się wśród mułu ich namiętności.

Stałem się nawet zausznikiem płastug i płaszczek,
Ich kochankiem wśród koralowych labiryntów,

Gdyby mnie wyciągnąć z odmętów,
Pękłbym jak głębinowa ryba.

To otchłań przepłukała mój umysł,
I dzięki niej oddycham przez pory skóry.

To otchłań mnie olśniła...
Obejmując fale, popadam w głębinę bez końca.



SYRENA


Patrzę w ich twarze bez strachu, z dumą i wyzwaniem.

Oni otaczają moje ciało mackami pożądania,
Są pełni zawiści o wodorosty, którymi się okryłam.

Ja otwieram się przed nimi i szepczę o ciepłych prądach,
Zdradzam tajemnice głębin,
Które ukrywam we wnętrzu swych błonowych dłoni.

Wilgoć połyskuje we mnie,
Twardnieją sutki mych piersi,
W pępku wzburzyła się piana.

Oni zaciskają zęby i przeciągają ciało,
Wyłamują palce rąk i przełykają ślinę,
Zatykają uszy i pocą w pachwinach.

Śpiewam im pieśni, których nie słychać,
Obiecuję skarby, które zniszczyły ich niejedną przyjaźń.

Urzekam tym, że nigdy we mnie nie wejdą.



SMOK


Coraz częściej mylą mnie z gryfem
A przecież różnica jest aż nadto widoczna.

Być może to wina mojej nieobecności,
Może zbyt dużo wzlotów ku słońcu.

Czasami myślę, że żyję już zbyt długo
I nadszedł czas, aby wyłamać sobie zęby.

Prawdziwy głód wtedy mnie zdobędzie
I wtedy znów ruszę na hesperydowe błonia.

Zakładam, że przed śmiercią zwołam bliskich
I ogłoszę koniec swojej ery.

Potem mnie spalą i będą wróżyli z prochów,
Może orzekną jakie światy przypadną mi w udziale.

Ja zaś kolejny raz stanę w lustrzanej sali
I wicher poniesie mnie do nowej twarzy.

To tak kusząca wizja, że chyba opuszczę nieboskłon
I skłonię się ziemi, nurzając w brudzie.



GRYF


Często się zastanawiam jak wygląda życie pozagrobowe.
Czy wyrosną mi skrzydła i zasiądę wśród cherubów?
A może napuchnę od zgnilizny i roztopię się w ziemi?

Nawet nie mogę wyobrazić sobie własnej śmierci.
Nigdy nie liczyłem spadających lat i głów moich wrogów.
Co może pokonać bestię jaką jestem?

Mam tyle przymiotów, że heraldycy zawsze będą się o nie spierać
I ciągle coś mi dorysowywać.
Nie wiem nawet jak wydobyć się z obłędu ich wyobraźni.

Gdybym mógł wzbić się w przestworza...
Ale skrzydła mają stalowe pióra.

Gdybym potrafił dobrze się zobaczyć...
Ale oczy zamieniają wszystko w skały.

Gdybym zrozumiał siebie...
Od razu padłbym w krainę niepamięci.